Macondo
Thursday, April 30th, 2009
W tym obszarze środkowym, pomiędzy zagrodami a nieznanym i obcym światem zewnętrznym, czułem się najlepiej. Rozległy i różnorodny, jednocześnie koił i zaskakiwał. Karmił dzikim szczawiem, poziomkami i jeżynami na miedzach, owocami w opuszczonych gospodarstwach i ziemniakami pieczonymi w ogniskach z łętów. Obmywał wodą glinianek i stawów, cieszył uszy śpiewem ptaków, oczy chabrami i polnymi makami. Czasami trzeba było się odwdzięczyć pracą przy grabieniu trawy, wiązaniu snopków zboża, czy zbieraniem ziemniaków, ale nie było tej pracy dużo, tyle tylko, aby przekonać dorosłych, że nie jesteśmy zupełnie bezużyteczni w tym bytowaniu celowym i praktycznym.
Wioska opierała się na dwóch wzgórzach, które umieszczone na północnym jej skraju, łagodnie wystawiały ją do słońca. To od wschodu było mało odwiedzane i kojarzyło się z niebezpieczeństwem. Może straszyły wypełnione kawałkami zwęglonego drewna doły służące jesienią do suszenia lnu, może odstręczał jego kształt – stroma skarpa od południa i krótki stok północny nie nadający się do długich zjazdów na sankach. Starsi z nas bawili się zeskakując ze wschodniej części grzbietu na kupy piasku nad dole wyrobiska. Chcąc nas przestraszyć, opowiadali o ogniach pojawiających się w pobliskim lesie przenoszonych nocą przez ubrane na czarno tajemnicze postacie. Któryś z nich pobiegł kiedyś za taką postacią i końcem kija odkrył pokrywający ją kaptur — przerażenie odjęło mu mowę. Pod kapturem była pustka i rozgwieżdżone niebo, mimo jesiennych chmur w świecie realnym.
Wzgórze zachodnie oferowało więcej zabawy. Łagodnie pochylony stok północny pozwalał wiosną na turlanie się do zawrotu głowy, nawet jeśli siadanie na ziemi przed świętym Janem groziło dostaniem wilka. Zimą zjeżdżaliśmy tam na sankach, jesienią wdrapywaliśmy się na dziką gruszę strząsając na ziemię cierpkie owoce, które w jesiennym słońcu zamieniały się w ulęgałki. Zmęczeni zabawą zasypialiśmy wśród brzęku os, aby obudzić się w podmuchach wiatru zapowiadającego zmianę pogody.
To był mój świat i obecność innych nie psuła poczucia wyłączności. Potwierdzałem je rytuałem wymagającym sporo wysiłku, ale efekt wynagradzał wysiłek z nawiązką a ryzyko powiększało tylko ochotę na powtórne wykonanie. Największą satysfakcję osiągało się na wiosnę, w porze kwitnienia sadów, ale inne pory roku też cieszyły. Na płycie kuchennej stawiałem krzesło, na krześle stołek. Po wdrapaniu się na stołek wspinałem się na palce aby odsunąć płytę zakrywającą wejście na strych. Z trudnością podciągałem się na ramionach aby zaczepić nogę o brzeg otworu i przetoczyć się na podłogę strychu. Strych był tajemniczy, ciemny, pachniał gliną pomieszaną ze słomą, drewnem i kurzem starych mebli i książek. Wszystkie te dystrakcje nie zatrzymywały mnie przed głównym celem tych zabiegów, który był już tak blisko. Trzeba było jeszcze użyć kolejnego połamanego krzesła i końcem kija uchylić zakurzone okno w dachu. Przez to okno wychodziłem na dach, aby stamtąd obejrzeć wioskę i okolice. Domy, drzewa, drogi, wzgórza, pola, lasy — moje Macondo oddawało mi pokłon, a ja, potężny i lekki jak pióro, akceptowałem ten hołd i przyjmowałem wszystko w ponowne panowanie, pan na włościach, w centrum swojego świata, jedyny, ale nie samotny, i przez ten krótki moment wszystko było takie jakie powinno było być.