Dziś oficjalnie rozpocząłem sezon rowerowy. Punktualnie o dziesiątej stawiłem się przy klombie nieopodal bazarku u zbiegu K.E.N i Płaskowickiej. Czekał już tam całkiem pokaźny tłumek kolarzy. Oczywiście byłem jedynym, który nie miał kasku i manetek przerzutek przy kierownicy, choć z drugiej strony mój rower i tak znacznie ewoluował przez zimę. Dorobił się zatrzaskowych pedałów, nowej kierownicy oraz cudnych korb Compagnolo Chorus.
Kilka minut po dziesiątej wyruszyliśmy. Najpierw powoli, rozgrzewkowo nielegalnym zjazdem do Powsina, a stamtąd do ujścia rzeki Jeziorki do Wisły. Tempo podskoczyło do ponad 35km/h i nie spadało nawet przy przejeździe przez tory kolejowe oraz brukowany most.
Jazda w peletonie opiera się na wzajemnym ogromym zaufaniu i odpowiedzialności za innych. Każdy nieprzemyślany manewr może skończyć się globalną kraksą, więc większość gwałtownych przyhamowań i zmian pasa ruchu okraszane zostawało chóralnymi “kurwami”.
Przemkneliśmy przez Cieciszew i na skrzyżowaniu z trasą na Górę Kalwarię nastąpiła schizma grupy. Część wybrała tzw “rundki” a reszta (ze mną włącznie) podążyła za hasłem “na Górę”. Do Góry Kalwarii dotarliśmy mało uczęszczaną trasą wijącą się nieopodal wału wiślanego i kończącą się efektownym podjazdem. Tam niestety przekonałem się, ile jeszcze musi nauczyć siętaki niedzielny zawodnik jak ja, aby nie odstawać od grupy. W Górze Kalwarii po chwilowym sympozjum wcielone zostało w życie kolejne hasło: “Na Wareczkę”.
Wiał słaby wiatr, a właściwie podmuchiwal czasami w różnych przypadkowych kierunkach. Peleton pracował sprawnie, każdy w zależności od swoich możliwości i po pięćdziesięciu kilku kilometrach osiągnęliśmy cel podróży. Krótka wizyta w sklepie, , wchłonięcie banana i batonika i już prawie można bylo wracać.
Ponieważ w głowie miałem cały czas charakterystyczny szelest ramy full carbon jednego z zawodników, poprosiłem go, aby dał mi go na chwile podnieść. Ten zgodził się ochoczo dyskretnie wyciągając bidon z piciem. Echhh… już wiem, na co wydam pierwsze zarobione i nie przeznaczone na konkretny cel piętnaście tysięcy złotych. Pocieszył mnie jeden z najbardziej doświadczonych kolarzy mówiąc, że “rower to chuj, jak noga nie daje”, ale mimo wszystko fajnie jest nie psiadać żadnego zbędnego gramu sprzętu na trasie.
Inni również próbowali podnieść pokazane na zdjęciu cudo techniki i wszyscy, podobnie jak ja okazywali swoje zdziwienie słowami “O kurwa, ale lekki!”.
Z powrotem rozpoczęliśmy spacerowym tempem 30km/h. Moi koledzy przez kilka kilometrów wesoło plotkowali sobie o tym i owym jadąc tak, że ich łokcie co jakiś czas delikatnie się dotykały. Kiedyś i ja tak się nauczę.
Gdyby ktoś zapytał mnie, którędy jechaliśmy i co ciekawego widziałem po drodze, to bezradnie rozłożyłbym ręce.
Jazda w peletonie polega na ustawicznej kontemplacji przerzutek zawodnika jadącego z przodu, lub zaciskaniu zębów i utrzymywaniu równego tempa, gdy się jedzie na przedzie. Trzeba również odpowiednimi gestami dłoni informować jadących z tyłu o niespodziewanych przeszkodach na jezdni. Po niespełna czterech godzinach wróciłem do domu znacznie bardziej zmęczony niż po minionym półmaratonie warszawskim.
Za tydzień, jak się uda pojadę z nimi znów.
Ps. Niestety przeskalowany wykres zgubił kilka niuansów, min. ten, że wyjeżdzając z Góry Kalwarii udało mi się zapiąć 50km/h
