Teresin – marzec – melancholia
Sunday, March 22nd, 2009Pałac w Teresinie, własność państwowa, smętny relikt innej epoki, symbolizowany przez promienny uśmiech notorycznie wściekłej, sfrustrowanej kuchty, gdy tryumfalnie, odrywając się od rutyny brudnych i nudnych zajęć, może oznajmić, że deseru właśnie zabrakło. Wokół nieprawdopodobnie zaśmiecony park, noszący ślady licznych imprez, na których chłopcy piją tanią wódkę z plastikowych kubków. Park zlewa się z ponurym, poprzecinanym zarośniętymi ścieżkami lasem. Szczeka absurdalnie skundlony zwierz, dziecko hieny i jamnika.
Dominuje marcowy syf – zgnilizna wypełza na powierzchnie, suche badyle szarpią za rękaw, w przecinającym las rowie stoi brudna, cuchnąca woda. Nie widać oznak wiosny. Wśród drzew kręci się para myszołowów, gdy przebiegam przez karczowisko, do lotu zrywa się kruk, niknie w lesie, ale wciąż słychać jego ochrypłe krakanie.
Jestem w twierdzy otoczonej beznadziejną brzydotą. Nic mnie nie dekoncentruje, bo nic tu nie ma. Za trzy godziny ostatnia sesja jogi.