Posts Tagged ‘Marcin Florek’

Siódmy i ósmy – podsumowanie obozu

Sunday, January 10th, 2010

Nie cierpię pulsometru. Nie biegam z tym paskiem już chyba ze trzy lata. Przed obozem w przesłanej uczestnikom obozu ankiecie Filip pytał m.in. o to, czy posiadamy. A zatem domyśliłam się, że dobrze go będzie ze sobą wziąć, choć będę się bronić rękami i nogami przed użyciem. Po wczorajszym wykładzie dziś będziemy robić testy. Bieganie na tętno nigdy mi się nie udawało, wolę biegać na wyczucie. Po kilkuminutowej krótkiej rozgrzewce w spokojniutkim truchcie i paru ćwiczeniach mam zrobić 10 x 30″ z przerwą 30″ z narastającym o ok. 5 uderzeń/min. tętnem od 135 do max. Oczywiście na początku nie umiem tego zbyt dobrze zaplanować, po pierwszej przebieżce tętno skacze mi do 140, gdy już się zdążyłam zatrzymać, potem idzie mi już lepiej. Potem kilkunastominutowe roztruchtanie i idę się domęczyć na ergocyklometrze. Po południu basen – nie wiem dlaczego podchodzę do tych treningów w wodzie z taką niepewnością i niechęcią. Gdybym zmieniła nastawienie na pewno byłoby dużo lepiej. Potrzebuję jakiejś dobrej motywacji najlepiej w postaci pochwał i zachwytów, a tymczasem oceniam na trzeźwo swoje umiejętności pływackie względem grupy i wychodzi mi, że jestem najwolniejsza, najsłabsza, robię najwięcej błędów, a co za tym idzie robię najmniej powtórzeń, “oszukuję” pływając z piankową ósemką między nogami. Gdy kończy się trening aż jestem zdziwiona, że był tak krótki, chyba niepotrzebnie nastawiałam się na coś długiego i mozolnego, a tymczasem godzina w wodzie upłynęła szybciutko. Jeszcze wchodzę na parę minut do jaccuzzi, skąd mogę poobserwować jaki trening robi Filip – wrażenie jest niesamowite, bo wydaje się, jakby jedną ręką zagarniał wodę co najmniej na ćwierć basenu i jakoś tak ciągle widzę górną połowę ciała nad wodą, podczas gdy nasze pływanie odbywa się chyba głównie pod lustrem wody. Nie wiem, nie wiem, może mi się tylko tak wydaje. Po basenie idę do sauny rzymskiej. Potrzebuję trochę urozmaicenia, regeneracji, nowych bodźców. Ledwie wytrzymuję tam niecałe 3 kwadranse wychodząc kilka razy pod lodowaty prysznic. Wieczorem omawiamy wyniki dzisiejszych testów, a poza tym dużo dodatkowych pytań, a mnie się już oczy kleją. Na zakończenie dostajemy dyplomy. Padam do łóżka.

Rano budzę się o godz. 6 i ruszam do lasu biegiem. W nocy przeszedł prawdziwy mróz – to już nie jest temperatura około zera, czuć że jest mocno poniżej. Wokoło ciemno, ale droga ośnieżona, widzę wszystko bez czołówki. Biegnę spokojnie znaną trasą do plaży, potem zawracam, dobiegam do szlabanu i z powrotem na plażę. Teraz z poziomu morza 5 razy wbiegam lekko, bez siłowania na najwyższy punkt wydmy i luźniutko zbiegam (po ok. 3′ tam i z powrotem) i spokojnym truchtem wracam do pensjonatu. Mam na sobie pulsometr. Tak. Mam. Po wczorajszym. Trenerzy przekonali mnie, że może warto go używać.  Biegnę ze spokojnym tętnem ok. 135-140, a na szczycie wydmy staram się nie przekraczać 161. Po godzinie biegu mam “na luźnym” 148. Teraz szybka kąpiel, pakowanie, śniadanie, pożegnanie z Filipem i Marcinem i korzystając z uprzejmości Państwa Polańskich ruszam z nimi z powrotem do Warszawy.

Czas na podsumowanie obozu. Miejsce – zarówno mieścina, o tej porze roku fantastycznie wyludniona, okolica – doskonałe tereny do biegania i jazdy na rowerze MTB oraz jako bonus morze, w którym można się kąpać, ale nie trzeba, jak i pensjonat Tristan – czysty, wygodny, komfortowy z zapleczem sportowym były rewelacyjne. Aż chce się tam wrócić, nie tylko na obóz – po prostu na wypoczynek, aktywny oczywiście. Towarzystwo bardzo miłe – zarówno koledzy, jak ich żony i dzieci tworzyli dobrą, sympatyczną rodzinną atmosferę – bez narzucania się, ale i bez nadmiernej izolacji. Koledzy jako partnerzy w treningu byli akurat – nie aż tak bardzo od nich odstawałam w swoich umiejętnościach, czyli poziom może nie był zupełnie wyrównany, ale z grubsza podobny (poza Kamilem, mistrzem windserfingu). Nasi trenerzy spisali się na medal. Choć to był pierwszy zorganizowany przez nich obóz obyło się bez większych wpadek, widać, że byli dobrze przygotowani, a zarazem elastyczni wobec naszych potrzeb i propozycji, z ogromną wiedzą i doświadczeniem, w sposobie bycia bardzo mili, opiekuńczy, chętnie dzieli się z nami swoją widzą, bardzo dokładnie i szczegółowo odpowiadali na nasze pytania i wątpliwości. Pracowali nad naszym doskonaleniem nie tylko podczas wspólnych treningów i czasu poświęconego na wykład, lecz także w międzyczasie pracowali nad analizą nagrywanych filmików, dzięki czemu mogli do każdego z nas podejść indywidualnie. Filip bardzo energiczny, wydawał się nakręconą sprężyną, którą jakaś wewnętrzna siła samokontroli puszcza w miarę naszych możliwości, ale gdyby tylko mógł, to leciałby jak rakieta. Jego dynamizm przejawiał się także w sposobie mówienia. Wydawał się przez to młodszy niż jest w rzeczywistości. Natomiast Marcin był bardziej stonowany, lecz nie pozbawiony ikry. Niestety choroba w ostatnich dniach obozu bardzo przeszkadzała mu w tym, aby realizować się w 100%, ale nie przeszkadzało mu to otaczać nas niemalże ojcowską opieką, rozwagą i troską. Ma człowiek zadatki na króla.

Moje oczekiwania zostały spełnione. Nie planuję w tym sezonie żadnych triathlonów, więc nie bardzo interesował mnie trening pod tym kątem. Ale chciałam, aby coś się zmieniło w moim pływaniu, chciałam zobaczyć błędy, usłyszeć od kogoś, kto się na tym zna, jak je eliminować, nad czym i jak pracować. Jeśli chodzi o jazdę na rowerze, to ze zdziwieniem muszę przyznać, ze spodobały mi się treningi na rolkach. Bardzo dobra nauka własnego ciała, koordynacji, równowagi, choć oczywiście są też minusy – lejący się litrami pot i niezmienny krajobraz. Może nawet sobie takie rolki kiedyś sprawię. Usłyszałam też wiele rad dotyczących szybkich zmian w tri, czego może kiedyś też spróbuję. I wiem jakiej wielkości rama będzie dla mnie idealna 52-54 cm. Jeśli chodzi o bieganie, to filmy nagrane podczas rytmów bardzo mnie podbudowały – wiem, ze jak mi zależy, to potrafię biegać ładnie. Widok mnie podczas truchtu jest jednak żałosny. Muszę nad tym popracować. Miałam wiele dobrych okazji do treningu biegowego – nie wszystkie wykorzystałam tak jak chciałam, ale przecież nie jechałam do Kątów, aby się zajechać, tylko po to, aby odpocząć. Psychicznie odpoczęłam bardzo. No i ten pulsometr – może się z nim przeproszę. Marcin dał mi wytyczne na najbliższe tygodnie, jeśli chodzi o zakresy tętna na planowanych zawodach. Postaram się ich przestrzegać. Zobaczymy co z tego wyniknie.


A oto (prawie) wszyscy uczestnicy Sylwestrowego Obozu Triathlonowego 2009/2010 w Kątach Rybackich wraz z trenerami:


Od lewej: Tomek Bigoszewski (Tom73), Basia Muzyka (MEL.), Filip Szołowski (trifilip), Rafał Polańki (suf), Tomek Staśkiewicz (Tatajanaiadama), Przemek Wojtasik, Marcin Mieszkowski (mmieszek), Marcin Florek.