Ty jesteś syrenka od Sindbada
Friday, April 3rd, 2009Czwarty Półmaraton Warszawski, a mój… który to? Dziewiąty. Żeby nie trzymać w niepewności tych, którzy tylko chcą wiedzieć, ile nabiegałam rzetelnie informuję: 2:18:12 brutto, 2:12:51 netto. Słabo? No jasne. Najgorsze moje czasy w historii, nawet debiut (trzy lata temu, na tej samej imprezie) miałam szybszy. Ale nie o to chodzi…
Nie miałam pomysłu na ten bieg i nawet nie bardzo wiedziałam, czy wezmę w nim udział. Bo nie ma specjalnie sensu się ścigać. Nie mogę tego potraktować treningowo, bo do niczego nie trenuję. Nie mogę jako sprawdzian, bo do niczego się nie przygotowuję. Nie mogę towarzysko, bo nie wiem czy moja stopa wytrzyma cały dystans. W mejlu od organizatorów czytam, że jeśli ktoś nie biegnie na czas, to może się przebrać. OK. Może być. Właściwie nie wiem kiedy i jak się narodził pomysł. Może podczas przygotowań mojej córki do konkursu recytatorskiego „Warszawska Syrenka”, może podczas grzebania w komodzie i natrafienia na folię termiczną, która została po biegu na Chomiczówce, może podczas pływania na basenie z pianką między udami, czyli z unieruchomionymi nogami. Ni stąd, ni zowąd rodzi się pomysł przebiegnięcia 4. Półmaratonu Warszawskiego w przebraniu syrenki warszawskiej.
Ogon syreny robię z srebrnej folii, moja Maszka maluje na niej niezmywalnym niebieskim markerem całe morze łusek, płetwę umacniam tekturą. Konsultuję się z moją przyjaciółką Kaśką w sprawie przebrania i dostaję od niej mieczyk oraz tarczę. Muszę te eksponaty nieco zmodyfikować, aby pasowały do stroju – ostrze miecza owijam spożywczą folią aluminiową, z pudełka tekturowego po pizzy wycinam okrągły kształt tarczy i także oklejam srebrną folią. Do tego jeszcze wymyślam sobie, żeby owinąć się rybacką siecią. Ale skąd ją wziąć? Nikt ze znajomych nie zajmuje się rybołówstwem, na aukcjach internetowych taki gadżet wychodzi mi za drogo. Kombinujemy z Kaśką, która jest właścicielką pasmanterii, żeby może zrobić coś, co wyglądałoby podobnie, gdy w tym momencie dzwoni do mnie Alek z Katowic z propozycją pacemakerowania podczas Silesia Maraton. Niestety, muszę mu odmówić, ale ponieważ Alek to żeglarz, to z głupia frant pytam, czy nie ma sieci rybackiej. Ma. Olbrzymią. Przywiezie mi kawałek. Super! W domu robię przymiarkę mojego stroju, ale nie za bardzo mam jak go wypróbować podczas biegu. Mam nadzieję, że się nie rozsypie. A jeśli nawet, to po prostu zrzucę go z siebie i pobiegnę dalej „normalnie”. Pozostaje tylko problem… piersi. Syrenki, przynajmniej te na warszawskich pomnikach, mają odsłonięte. Ja z gołymi cyckami po Warszawie nie będę biegać, bo mnie organizatorzy zdyskwalifikują, a policja zgarnie. Choć może zdobyłabym w ten sposób sympatię publiczności, przynajmniej tej męskiej. Ale nie zależy mi. Czarna obcisła koszulka będzie w sam raz.
Rano bez nerwów przygotowuję się do wyjścia, dzieci jeszcze śpią. Odwiedzam po drodze jeszcze Kaśkę, która ma debiutować w półmaratonie. Dołącza do nas Ela i we trójkę jedziemy metrem. Mój ogon leży osobno na siedzeniu, dziewczyny doradzają, aby przebrać się tuż przed biegiem. Racja – z nim nawet nie mogę skorzystać z toalety. A kolejka do toi-toi olbrzymia. W końcu zaczynam się ubierać w folię, oklejam się dookoła taśmą klejącą. Bo w ogóle cały mój strój jest dowodem na moją mocną wiarę w działanie taśmy klejącej. Numer startowy na brzuch, sieć na siebie, oręż w dłoń i stajemy na końcu całego tłumu biegaczy. Muszę startować jako jedna z ostatnich, aby nikt mi na ciągnący się za mną ogon i sieć nie nadepnął.
Na końcu jest niesamowicie. Zupełny luz i brak pośpiechu, spiker już teraz chyba każdego przebiegającego przez bramę startową wymienia i zagrzewa do walki. Powoli, spokojnie dobiegam do grupki Jaffa Gallowaya, coś do niego krzyczę, pozdrawiam i biegnę dalej. Po bokach trasy pełno fotografów. Do każdego się uśmiecham, wymachuję mieczykiem, pozdrawiam kibiców. Po drodze spotykam mnóstwo znajomych. Z każdym zamieniam słówko. Przecież mam czas. Miło mi, gdy widzę jak kibice pozytywnie reagują na mój widok. Krzyczą „witaj syrenko!”, pozdrawiają, wyciągają uniesione w górę kciuki, robią zdjęcia. Po drodze spotykam Kasię, która mi się chwali, że jest mamą 4-miesięcznej Michaliny. Potem biegnę kawałek trzymając za rękę 4-5 letnią dziewczynkę, która towarzyszy swojej mamie. Pukam w szybkę i macham przyjaźnie do tych dzieciaków, które są uwięzione w samochodach stojących w korku po praskiej stronie trasy. Przybijam „piątki” z tymi stojącymi przy trasie. Od jednej z dziewczynek słyszę „Ty jesteś syrenka od Sindbada”. Może? Na punktach odżywczych moja sieć zgarnia z asfaltu całe mnóstwo kubeczków jednorazowych. Czuję się jak służba oczyszczania miasta. Robię naprawdę sporo hałasu nie tylko szeleszczącą folią, ale także ciągnionymi kubeczkami. Na Wisłostradzie mijam coraz więcej osób, które mają kryzys. Każdego, jak mogę, staram się zachęcić do biegu, podtrzymać na duchu. W tunelu bębny fantastycznie grają. Zatrzymuję się na kilka chwil przy nich, a nawet nie tyle zatrzymuję, co zaczynam tańczyć w miejscu jakiś dziki taniec. Tylko sieć mi znów przeszkadza, po raz -nasty zaplątuję się w nią dzisiaj. Podmuchy wiatru starają się mnie zatrzymać, ale nie daję się, muszę manewrować swoją tarczą, bo działa jak żagiel. Dalej podbieg i na Miodowej zaczynam już bardzo odczuwać ból lewej nogi – stopa, kolano, biodro. Ale tu już przyjemnie, bo wzdłuż trasy widać mnóstwo biegaczy opatulonych foliami z medalami na szyjach. Dopingują mocno tych, którzy dopiero dobiegają do mety. Nagle czuję, że zahaczam o coś i ogon przedziera mi się prawie na pół, płetwa trzyma się na ostatniej…łusce. Jeszcze kilometr do mety, może to jakoś wytrzyma. Na Krakowskim Przedmieściu pędzę już ile sił w nogach. Bardzo lubię ten czas, gdy widać już bramę mety. Walę mieczykiem o tarczę, krzyczę do kibiców i pędzę ile pary w płucach.
Na metę wpadam zmęczona tym ostrym finiszem, ale bardzo szczęśliwa, bo nigdy jeszcze podczas biegu nie widziałam tylu radosnych twarzy, nie słyszałam tylu pozytywnych okrzyków, nie spędziłam równie szczęśliwie. Zakochaj się… w Warszawie!





