styczeń 2010

Wróciłam z obozu i co? I pstro. Biegałam, ale nie tak dużo jak zamierzałam. Trochę plany pokrzyżowały mi tęgie mrozy, jakie nadeszły i obfite opady śniegu. Ale nie poddawałam się. Okazuje się, że jednak styczeń 2010 pod względem kilometrażu wcale nie taki gorszy od stycznia 2008 (choć na pewno zdecydowanie wolniejszy i bardziej siłowy). Poza bieganiem były też biegówki, łyżwy, regularne ćwiczenia na sali (piłki, płotki) i trochę gry w kosza, pływanie i jazda na rowerze. Brałam też udział w zawodach, ale nie spodziewając się rewelacji zrobiłam wszystko jak zwykle zimą “na zaliczenie”, trochę próbowałam bawić się tym pulsometrem, ale raczej na zasadzie niezależnego obserwatora, bo trudno mi pilnować tętna. Najpierw muszę się z tym oswoić.

Jedyną radość z zawodów miałam na Pucharze Bielan, gdzie przez 2 pierwsze kilometry biegłam z synem nadając mu tempo, po czym on ruszył fantastycznie do przodu, a ja spokojnie dobiegłam swoim tempem. Bardzo jestem z niego duma. Ma chłopak talent, zdrowie, dobre wyczucie dystansu, tempa, własnych możliwości i szybkie nogi. Maszka jest jeszcze za młoda na ten bieg, ale myślę, że za 2 lata i ona pokaże co potrafi. Poza tym koniec pierwszego semestru w szkole. Masza wyszła z rewelacyjną średnią 5,0, a Maurycy 4,5. Może pod koniec roku da się jeszcze trochę docisnąć, bo potencjał jest, potrzeba tylko więcej się przyłożyć. Tak, ja też muszę się bardziej przyłożyć, bo z samej samodzielności moich dzieci lepszych ocen nie będzie. Za bardzo są leniwe. Po mamusi zapewne.

A zatem styczeń to był jednak dobry miesiąc i jeśli wszystko się dobrze ułoży, to jeszcze mam szansę w tym sezonie coś wypracować. Nie będzie łatwo, bo bardzo przeszkadza mi praca – trudno układać treningi, gdy mam tak nieregularny grafik, ale chodzenie na żywioł to nie jest dla mnie nowina. Gorzej z pracą w weekendy, gdy nie mogę wziąć udziału w zawodach oraz praca w nocy, która totalnie rozbija mnie fizycznie i psychicznie. Odsypianie w dzień jest krótkie i bezsensowne – żadna to dla mnie regeneracja. Jakoś łatam, kombinuję, ale widzę, jak źle to na mnie wpływa.

Gdy w ekspresowym tempie zbliżam się do 40-tki (chodzi tu o mój wiek, a nie o kolejny kilometr trasy maratonu) staję się zupełnie niewidoczna dla mężczyzn jako takich oraz dla przyszłych pracodawców. Starzeję się po prostu. Ostatnio spoglądając w lustro trudno mi było odnaleźć jakieś resztki dawnej urody. Jestem coraz brzydsza, opuchnięta, pomarszczona, szara, nijaka. No i stało się. Nie spodziewałam się, że pośród moich miękkich, jasnych włosów znajdę siwe. Znalazłam trzy. Wyrwałam, żeby się im bliżej przyjrzeć, bo nie mogłam uwierzyć, że to możliwe. A jednak. Były inne. Jakieś takie sztywne i szorstkie. Jak nie moje. Ale nie będę już więcej wyrywać, bo zostanę łysa. Niech będzie – siwieję. Świat się od tego nie zawali.

Plany na luty konkretne – więcej biegać, wprowadzić trochę szybszych akcentów i nadal dużo różnorodnych sportów. I już można zacząć zrzucać trochę wagi (to zresztą przyjdzie samo). Lepiej się wysypiać, o ile to możliwe. Nie dopuścić dzieci do zawalenia początku semestru. Potem już jakoś poleci.

5 Responses to “styczeń 2010”

  1. mrlondoner Says:

    Nie dawaj czekac na nastepny post tak dlugo prosze. To wprowadza zaniepokojenie.

  2. Jacek Says:

    Podpisuje sie pod moim poprzednikiem. Dwoma rekami!
    A poza tym fajnie ze miesiac sie tak bardzo udal.

  3. Jacek Says:

    A te siwe wlosy na Twej skroni… Tylko uroku Ci dodaja, jestes piekna kobieta i niech inne sycza z zazdrosci Ty zas z duma podazaj wyznaczona sciezka.

  4. Marfackib Says:

    Hej Basiu… bardzo zasmucił mnie Twój wpis. Więcej optymizmu, dużo więcej, życie zaczyna się przecie po 40-tce.
    Pozdrowionka :-) )))

  5. MEL. Says:

    Nie no… spoko! Koleżanka powiedziała, że w moim przypadku siwe włosy mogą wyglądać tylko jak słoneczne refleksy, czyli baleyage. Czy wydaje Wam się, że te trzy siwole mnie jakoś ruszają? Nie mam o czym pisać, to sobie piszę o takich bzdurach.