Piąty dzień, Sylwester
Dziś ostatni dzień roku. Rano rutyna – śniadanie, potem trochę wolnego czasu na strawienie. Tomek już dziś wyjeżdża, więc przed podróżą planuje kąpiel w morzu. Muszę to zobaczyć na własne oczy. Służę za kierowcę, jedzie z nami jeszcze Edgar w roli fotoreportera tego niezwykłego wydarzenia. Nie wierzyłam, a jednak stało się – Tomek wszedł do Bałtyku mniej więcej do połowy uda, a potem nadchodząca fala obryzgała go całego. Nie dziwię się, że szybko z morza wyskakiwał. Ale zrobił to! I to jeszcze zanim stał się Ironmanem.
W Kątach obok naszego pensjonatu popasuje gromada kotów – raz naliczyłam ich 11 grzecznie siedzących razem. Tristan ma też swojego kota, a może to kot ma Tristana, nie wiem. Jest bardzo towarzyski, a ja z braku innego towarzystwa czasami się z nim bawię.
O godzinie 10.00 zbieramy się wszyscy na krótką rozgrzewkę przed Biegiem Sylwestrowym.
Wyścigi odbywają się w formule “na dochodzenie”, czyli każdy z uczestników deklaruje w jakim czasie pokona 10 km trasę ze startem i metą przy bramie wjazdowej do pensjonatu, a potem startujemy wg deklaracji od najwolniejszego do najszybszego tak, aby metę osiągnąć o godzinie 11.15. Ja deklaruję 54 minuty i tuż przed startem zrzucam z siebie kurtkę i bluzę.

Biegnę w samej koszulce, co często mi się zimą zdarza. Biegnę sama, ale już po kilkunastu minutach mijają mnie zawodnicy. Droga trochę śliska, ale nie aż tak, żeby się przewrócić, tylko stopy czasami śmiesznie uciekają w tył.
Dobiegam do plaży i widzę piękny sznurek uczestników biegu – to jest w tej formule najwspanialsze, że z czasem zaczynamy (a przynajmniej powinniśmy) się zagęszczać. Nagle z tyłu atak dwóch napastników, którzy za pomocą czerwonej bluzy próbują mnie skrępować (czyli ubrać). Zwycięsko odpieram atak, napastnicy oddalają się swoim tempem w kierunku mety, po czym okazuje się, że podczas zaciętej walki jeden z nich zgubił rękawicę i musi się po nią wrócić. Drugi wykorzystuje to i samotnie podąża po zwycięstwo. Ja spokojnie biegnę plażą dalej, potem stromo pod górkę na wydmy i krętą, pagórkowatą drogą do szlabanu, lecz zanim go osiągnęłam zauważyłam nadbiegających z naprzeciwka Filipa i Tomka, którzy mi towarzyszą aż do mety. Mój czas to 52:25 i jestem ostatnią nadbiegającą, bo choć też co nieco ściemniłam (3%), to jednak dużo mniej niż inni.
Na mecie czekają na nas piękne medale wykonane przez dzieci pod opieką Tomka, cukierki oraz kot.

Po południu dla chętnych rower. Oczywiście, że jestem chętna. Cóż innego mogę robić, skoro nigdzie w okolicy nie ma lodowiska, więc przywiezione ze sobą łyżwy są zupełnie bezużyteczne. Znów jeżdżę na rolkach i muszę przyznać, że zabawa coraz bardziej mi się podoba. Już nie spadam tak często, już coraz rzadziej opieram się o ścianę. Po prostu jadę. Choć oczywiście w miejscu. Po 45 minutach takiego treningu robię drugie tyle na ergocyklometrze. Potem kąpiel, odpoczynek.
Wieczorem idziemy razem z Lilą, Rafałem, Edgarem i Matyldą na spacer nad morze. Wczoraj była pełnia, więc i teraz, gdy tylko księżyc przebije się przez chmury to pięknie wszystko oświetla. Na zaśnieżonej ścieżce można się obyć nawet bez latarki. Woda w morzu wydaje się dziwnie ciepła. Potem szybko przebieramy się i zaczynamy zabawę sylwestrową. Gdy schodzę na dół widzę, że przekąsek i napitków cała masa i choć nie zwykłam jadać o tej porze, to jednak skusiły mnie pyszne ravioli. Towarzystwo raczej nie tańczy, więc bawię się z dziećmi – Matyldą, Zosią i Bartkiem. O północy strzelają szampany, potem fajerwerki. Telefonuję do dzieci – były z dziadkami w Poznańskiej Operze na balecie Stworzenie świata wg Josepha Haydna. Gdy tylko dopadają mnie wspomnienia poprzednich nocy sylwestrowych i łzy napływają do oczu staram się jak najszybciej oderwać, przebieram się w piżamę i wpadam do łóżka, zanim rozkleję się na dobre.