Czwarty dzień na obozie triathlonowym w Kątach Rybackich
Dziś po śniadaniu mamy do wyboru bieg lub rower. Jesteśmy jednomyślni – wybieramy bieg. Pogoda jest cudowna, temperatura -1 oC, bezwietrznie, niewiele chmur, co i rusz przebija się słońce. Po wczorajszym krosie trenerzy prowadzą grupę na 10-km pętlę w spokojnym tempie ok. 6:00, ale Tomek i ja decydujemy się zrobić coś dłuższego, też wolnego. Kawałek biegniemy wszyscy razem, a gdy mamy się rozłączyć, to Marcin dokładnie tłumaczy jak prowadzi droga, jakie są oznakowania szlaku, gdzie trzeba skręcić, żeby się nie zgubić gdy skończy się las. Ja tego wszystkiego słucham jednym uchem. Wiem, że się nie zgubię, bo na tej mierzei nie da się zgubić – zawsze można skręcić w lewo i w końcu trafić na plażę albo w prawo i trafić na drogę. Inaczej się nie da. Gdy tylko grupa zostawia nas samych obydwoje zaczynamy sobie w głowie kombinować. Przy pierwszej kuszącej górce Tomek proponuje jej zdobycie. Tę pierwszą jednak omijamy, dopiero przy drugiej decydujemy się zrobić odbicie z drogi. Biegniemy po wydmie po mniej udeptanej ścieżce, czasami zupełnie bez ścieżki po mięciuteńkim, zapadającym się pod butami poszyciu, przeskakujemy przez leżące gałęzie. Takie bieganie bardzo lubię. Przepełnia nas jakaś taka radość, dzikość, czuć, że endorfiny tryskają nam prawie uszami, w czym dużą zasługę ma przebijające przez gałęzie iglaków słońce. W końcu trafiamy na ścieżkę zupełnie na skraju skarpy i teraz to już prawie orgia zmysłów – widok fal na morzu, a do tego jeszcze ich szum dopełniają wrażenie szczęścia absolutnego. Trzeba bardzo uważać, żeby nie dać się zahipnotyzować temu widokowi, bo trzeba przecież spoglądać pod nogi – podłoże jest przecież nierówne i pełne niespodzianek. W końcu pada propozycja zbiegu na plażę – stromo po zmrożonym piachu. Tutaj szmer morza już nie jest łagodny, morze dominuje. Cudnie się biegnie po różnym, gładkim podłożu. Piach jest dość ubity, twardo poddaje się naciskom buta, na nim cieniutka warstewka śniegu. Po upływie godziny od startu zawracamy i planujemy pobiec z powrotem plażą aż do wejścia nr 53 najbliżej naszego pensjonatu. Po drodze mijamy kutry, które właśnie wróciły z połowów, rybacy oczyszczają ryby, a hordy mew próbują uchwycić w locie wyrzucane przez rybaków odpadki. Wracamy do Tristana po 2 godzinach mając w nogach 19,2 km (wg urządzenia pomiarowego Tomka). To był piękny bieg.
Po kąpieli wybieramy się do pobliskiego baru rybnego “U Basi” na pyszną świeżą rybę. Ja rozsmakowuję się w delikatnym mięsie halibuta, reszta towarzystwa chwali swoje danie – dorsza.
Po obiedzie i krótkim wypoczynku jedziemy znów na basen. Tym razem do naszej grupy dołączył Marcin M., ale Kamil niestety już nas opuścił. Trening ciekawy, ale nie daję rady robić wszystkiego. Tętno skacze mi jak szalone, opijam się wodą, ale pamiętając o swoich błędach staram się wciąż poprawiać, w czym oczywiście pomagają mi trenerzy na bieżąco pokrzykując i pokazując co i jak. Motywują mnie najlepiej, bo chwalą, jeśli coś mi się udaje zrobić dobrze. Ja i tak nie do końca w to wierzę, ale trochę staram się jednak im zaufać. Wtedy od razu rosnę i staram się jeszcze bardziej.
Wieczorem znów wykład nt. biegu w triathlonie, i pytania, odpowiedzi, dyskusje, żarty. Na jutro planujemy Bieg Sylwestrowy, czyli wyścigi. Fajnie!