836 stopni

May 17th, 2011

Wracam z biegu 12-godzinnego w Rudzie Śląskiej. Nie jestem zachwycona przebiegniętym dystansem – niespełna 96 km. Bóle żołądka podczas biegu sponiewierały mnie strasznie. Nie tam, żebym była w jakiejś super formie. Ale gdybym mogła, to bym biegła, a nie zwijała się co i rusz a to na trawniku, a to na ławce, a to na leżance masażystów. Ale nie jest źle. Limit zaliczyłam, końcówkę dawałam mocno, bo już nic nie jadłam, nie piłam, tylko grzałam. Pomogły chyba krople żołądkowe – szkoda, ze tak późno się na nie zdecydowałam.

Wracam. Nogi trochę zmęczone, ale bez żadnych specjalnych dolegliwości. Tylko biegać mi się jakoś nie chce. A tymczasem w skrzynce znajduję mejla, że zostałam wylosowana do biegu na szczyt wieżowca Rondo1. Bagatela – 38 kondygnacji. Jak tu trenować, kiedy do startu pozostało 5 dni, a nogi zmęczone? Nie trenuję. Robię tylko sprawdzian – w pracy dwa razy wchodzę 20 kondygnacji, żeby zobaczyć jak to jest. Jest fatalnie. Po około 10-12 piętrach straszna zadyszka. Jak to będzie z 38 piętrami? Nie mam pojęcia smartbrokers.pl/parimatch-app-download-apk.

W sobotę przed startem mam straszną tremę. Dawno już tak nie emocjonowałam się startem. To zupełna nowość, terra incognita. Zupełnie nie wiem jak będzie. Przy podpisywaniu oświadczenia w biurze zawodów ręce strasznie mi się trzęsą. A do startu jeszcze 3 kwadranse. Wypytuję ludzi, którzy już to mają za sobą o wrażenia. Próbuję się dowiedzieć, czy jest sens pobiec boso, tak jak sobie zaplanowałam. Wszyscy odradzają. Ale jeden z zawodników prowadzi mnie z tyłu na klatkę schodową i pokazuje schody, po których mamy biec. Wydają mi się zupełnie bezpieczne do startu na bosaka. Więc w ostatniej chwili zrzucam z siebie adidaski i skarpety. Staję w kilkuosobowej grupce przed wieżowcem, na prawej kostce mam chipa.

Startuję jako druga, 30 sekund po pierwszym zawodniku. Ruszam w miarę spokojnie, po prostu wchodzę co dwa stopnie. Jest dziwnie, bo schodki w klatce ewakuacyjnej są wyższe niż te normalne, które służą do chodzenia pod górę. Dziwne jest też to, że schody są lewoskrętne, podczas gdy te w moim domu są prawoskrętne. Od początku łapię się poręczy i staram trochę na niej podciągać. Znów po kilkunastu piętrach zadyszka rozrywająca płuca, więc na chwilę zmieniam rytm i idę co jeden stopień, aby wyrównać oddech, ale znów wracam do dwóch. Co jakiś czas zerkam na bok, aby zobaczyć które piętro. Wciąż jest jeszcze dużo. Przeróżne myśli przychodzą do głowy – aby odpuścić i iść sobie spokojnie, przecież nie walczę o mistrzostwo świata albo że przecież nie jest tak źle, uda mi się, już niewiele zostało do końca. I wtem okazuje się, że naprawdę niewiele zostaje – dwa ostatnie piętra wbiegam naprawdę szybko, jakbym dopiero zaczynała. Na końcu jednak nie ma mety, trzeba jeszcze kawałek dobiec korytarzykiem, ale oto wpadam na plecy zawodnika przede mną i nie jestem w stanie go minąć. Nawet nie mam ochoty się rozglądać. Po prostu przyklejam się do jego pleców i tych ostatnich parę metrów przebiegamy razem jak jakieś bliźniaki syjamskie. Wreszcie META.

Nie wiem jaki mam czas (biegnę bez zegarka, bez żadnych zbędnych ciężarków), nie wiem jaka lokata. Oddycham ciężko, proszę wolontariusza o otwarcie butelki z wodą. Nareszcie mogę nawilżyć gardło, długo uspokajam oddech. Po chwili czuję, jak na całym ciele występuje pot. Ale wstaję już, powoli się przechadzam, nie chcę mieć zakwasów, żadnych drętwych nóg nazajutrz. Potwornie kaszlę, boli mnie gardło. Oglądam panoramę z 37 piętra. Jest ślicznie. W końcu zjeżdżam windą na dół. A tam okazuje się, że jestem na 3 miejscu wśród pań. Wiem, że zaraz wystartuje elita i zepchnie mnie z tego zaszczytnego miejsca, ale i tak się cieszę. Widać mój czas 6:26. Wciąż kaszlę. Potwornie. Dopiero po jakiejś godzinie się uspokaja. Ale gardło boli cały dzień Program Bonusowy od Melbet.

fot. Adam Klein
fot. Adam Klein www.bieganie.pl – Warszawa, 2011.05.14

  • liczba pięter do pokonania: 38 – wbiegamy na 37. piętro, ale po drodze jeszcze piętro 5a
  • przewyższenie: 142m
  • liczba schodów do pokonania: 836
  • liczba schodów na 1 półpiętrze: 12
  • liczba nawrotów: 76
  • dystans do pokonania: ok. 440m (w tym ok. 250m po schodach)
  • ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

    Nazajutrz biegi w nieodległym Parku Powsin. Najpierw rodzinny start na dystansie ok. 2,5 km. Startuje Masza, Misza i ja, bo Maurycy chory i został w domu. Na początku ciasno, ale już po kilkuset metrach ustalamy pozycję. Biegniemy zaraz za młodymi, szybkimi Włochami, ale bez szans na wyprzedzenie. Finisz mamy naprawdę mocny, ja ledwie nadążam!

    /finisz.jpg
    fot: www.warsawtrailrunning.pl Masza, Misza, Basia – Powsin, 2011.05.15

    Czas: 10 minut i 10 sekund. Stajemy na pudle:
    /str_warszawa_mmale_strojny_084.jpg
    fot: Monika Strojny – podium: I m-ce Anna, Paweł, Grzegorz Włoch, II m-ce Barbara, Maria, Michał Muzyka, III m-ce: Elżbieta, Tomek Mzyk, Adam Leśniak

    Potem jeszcze bieg główny na dystansie 10 km i do domu…

    Warsaw Trail Running 2011.05.15 Powsin
    fot: Monika Strojny

    Cztery maratony i trochę

    October 7th, 2010

    Biegi czasowe mają to do siebie, że nawet nie biegając i tak dotrze się do mety. Wyszłam z tego założenia i już od dawna czekałam na ten bieg, bieg dwudziestoczterogodzinny. Czekałam, tak, czekałam, raczej bezczynnie. Już od dawna namawiał mnie Konrad, więc spokojnie zrealizowałam plan – wiosną pobiegłam dwunastogodzinny (niestety, bez należytego przygotowania), a jesienią dwa razy dłuższy – jeśli chodzi o czas. Niestety, i teraz nie byłam zbyt dobrze przygotowana: mało biegałam (od czerwca do sierpnia niecałe 700 km, co daje ok. 52 km na tydzień), leczyłam anemię, która mi dokuczała całą wiosnę i lato, dolegała mi skręcona w górach lewa kostka, byłam za gruba/ciężka (ok. 65 kg, z czego spokojnie mogłabym zgubić 10%, gdybym tylko się postarała). Ze względu na zbyt mały kilometraż na tydzień przed zawodami zrobiłam jeszcze w weekend mocniejszy akcent – w sobotę bieg terenowy 25 km w Pucharze Maratonu, a w niedzielę triathlon na dystansie pół-Ironman w Borównie, czyli prawie tygodniowy dystans w dwa dni.

    Sobota, 2010.09.11

    Obudziłam się w sobotę ok. godz. 4. Pokręciłam się jeszcze trochę w łóżku, po czym wstałam i szykowałam się do wyjazdu. Tadek ze swoim synem Andrzejem, zabrali mnie z domu ok. godz. 6.30. Na miejscu byliśmy przed godz. 10, więc mieliśmy jeszcze spokojne trzy godziny na rejestrację, przygotowanie, odprawę, pogaduchy. Miejsce zorganizowane było bardzo dobrze – duży namiot, w którym był punkt odżywczy, a potem rząd krzeseł, gdzie można było zostawić swoje rzeczy. Obok namioty, w których można się było przespać. Startowałam jako zawodniczka, więc miałam dwa numery startowe – dostałam 7, co odczytałam jako zaszczyt (bo niski numer) oraz zwiastun szczęścia (nie wiem dlaczego, chyba po prostu liczyłam tylko na szczęście). Trasa była asfaltową pętlą o długości 2500 m, co bardzo mi odpowiadało, gdyż jest to moja ulubiona długość w strategii marszobiegu metodą Gallowaya (2300 m bieg, 200 m marsz). Tuż przed startem przyjechali moi rodzice, co było dla mnie bardzo miłe, choć nie bardzo wiedziałam, co robić z przyniesioną przez mamę w słoiku ciepłą zupą Aplikacja Olymp Trade na Androida.

    Ruszyliśmy. Ja spokojnie realizowałam swój plan, więc pętałam się początkowo gdzieś w ogonie. Szybko nastąpiły duble i tylko dzięki tablicy można się było zorientować, kogo mamy przed sobą, a kogo za. Ja bez zegarka dopiero po trzecim czy czwartym kółku zorientowałam się, że zegar odlicza czas do tyłu, czyli ile nam zostało do końca, a nie ile już minęło od startu. Choć przed biegiem lekko padało, to po starcie była tylko mżawka. Niestety, buty zamokły mi dość szybko. Gdy po 3 i pół godzinie deszcz ustał, postanowiłam zmienić skarpetki i buty. Było to dobre posunięcie, bo od razu poczułam się komfortowo. Niestety, po półtorej godzinie znów zaczęło mżyć i znów buty mi zmokły, a nie miałam już więcej na zmianę. Tak sobie człapałam swoim żółwim tempem, głównie samotnie, co mi odpowiadało o tyle, że realizowałam to, co chciałam, czyli bieg zupełnie na luzie, bez żadnego wysiłku. Cały czas pilnowałam, aby nie mocować się z tempem, nie zmuszać do biegu, po prostu tuptać sobie, przebierać nogami bezwysiłkowo, rozluźnić w całym organizmie to, co jestem w stanie rozluźnić. Efekt był taki, że właściwie ci, którzy biegli, poruszali się znacznie szybciej ode mnie. Ale już po kilku godzinach tych biegających było coraz mniej, a coraz więcej chodzących, a nawet śpiących. Jak zwykle kryzys nastąpił ok. 70-80 km, ale zniosłam go spokojnie, wiedząc, że to nic strasznego, że przejdzie. Trzeba tylko wciąż jeść i pić. Właśnie wtedy znów przyjechali na chwilę moi rodzice, więc zrobiłam sobie krótką przerwę na makaron z sosem. Ale gdy tak jadłam kucając przy ławce i słysząc, jak mama pyta, kiedy zamierzam iść spać, to zostawiłam makaron (i tak już był zimny) i ruszyłam na trasę. I kryzys przeszedł. A rodzice odjechali.

    Niedziela, 2010.09.12

    Po 12 godzinach miałam za sobą dokładnie 100 km i byłam bardzo szczęśliwa, bo do limitu zostało mi bardzo niewiele, a czułam się wciąż rozluźniona i silna, choć oczywiście bolało mnie już to i owo. Żałowałam trochę, że nie przygotowałam się logistycznie do tego biegu, bo mogłam wziąć więcej butów i ubrań na zmianę, a do jedzenia miałam tylko 1 żel i 1 baton oraz kawę w termosie. Oczywiście liczyłam na bufet organizatorów i właściwie ciągle z niego korzystałam biorąc co okrążenie kubeczek z herbatą lub sok oraz ćwiartkę pomarańczy lub herbatnika. Nie chciałam ryzykować bananów ani innych smakołyków, bo zdarzały mi się podczas dłuższych biegów bóle brzucha. W nocy zapobiegawczo wypiłam 2 kubeczki kawy. Po przekroczeniu ok. 120-125 km kolejny kryzys – tym razem nie jestem tak spokojna, zaczynam szlochać, więc w spazmach rzuciłam sędziom, że schodzę z trasy, wpakowałam się do namiotu masażystów i od razu padłam na stół. Od razu rzuciło się do mnie dwóch chłopaków, każdy zaczął znęcać się nad jednym udem, a dziewczyna podała mi sok. Po kilku, może kilkunastu minutach uspokoiłam się i od razu ruszyłam z powrotem na trasę. Chciałam trochę pochodzić, ale zrobiło mi się zimno, więc trzaskając zębami ruszyłam biegiem. Po kilku minutach było lepiej, ale nie minęło wiele czasu, a zaczęła mi w głowie kiełkować myśl, aby przebrać buty, a właściwie włożyć wkładkę ortopedyczną, bo lewa stopa mocno już dokuczała. Gdy zdjęłam skarpety nie dało się nie zauważyć kilku pęcherzy, więc zabrałam się za ich przekłuwanie agrafką odczepioną z numeru startowego. Wtedy właśnie podszedł do mnie lekarz i zapytał, czy nie potrzebuję pomocy, bo on tu właściwie od tego jest i posiada odpowiednie narzędzia. Zgodziłam się bez wahania i gdy pan doktor oporządzał moje stopy ja zajęłam się konsumpcją rosołu z makaronem (co nie uszło uwadze fotoreporterom). Przy okazji przebrałam się, a ponieważ zabrakło mi już suchych koszulek, to jeden z wolontariuszy dał mi swoją bawełnianą (ogromnie dziękuję!!!). Znów miałam trzęściączkę i zębokłapiączkę, więc całe dwie pętle przebiegłam bez marszu, żeby się rozgrzać. Tak mijały kolejne godziny, gdy zaczęłam odczuwać ból brzucha. Zażyłam 2 tabletki NO-SPA, potem jeszcze lekarz dał mi herbatę miętową, ale nic nie pomagało. Czułam, jakby ktoś mi sztylet wbijał jakieś 5 cm na prawo od pępka. Zaczęło się robić jasno, na trasie pojawiło się więcej biegaczy, którzy w porze nocnej ucięli sobie drzemkę. Okazało się, że przez ten czas ja swoim ślimaczym truchtem przeplatanym marszem przesunęłam się jakoś wysoko w tabeli. Jakoś mnie to wcale nie ruszało, znów starałam się tylko rozluźnić i nie myśleć o niczym, a szczególnie o bólu. Nadal biegłam sama, choć oczywiście non stop pozdrawialiśmy się z innymi biegaczami na trasie. Podziwiałam pięknie biegnących Olę z Robertem, Adama, Marka, Tomka… Zorientowałam się, że w ciągu godziny robię co najmniej 3 okrążenia (7,5km). Na 3 godziny przed końcem miałam już nabiegane prawie 160 km więc zaczęłam kalkulować, że spokojnie mam szansę na 180 km. Trochę przedwcześnie na radość. Biegłam jeszcze godzinę, półtorej… i… zauważyłam, że przyjechał mój tato. Ucieszyłam się, ale coś we mnie zaczęło pękać. Nie umiałam się wyluzować, brzuch dokuczał mi przez to jeszcze bardziej. Tak bardzo, że zaczęłam się zatrzymywać i zginać w pół. Rozklejałam się. Szlochałam. Biegłam jeszcze, ale coraz bardziej “popękana”, potrzebująca współczucia, wręcz domagająca się go! Współbiegacze byli cudowni, twardo walczyli z dystansem, byle do przodu, wspierali mnie, a ja się zupełnie rozsypywałam. Ostatnią pętlę w całości przeszłam i postanawiam, że jak dojdę do mety, to schodzę z trasy. Gdy dosięgałam czubkami butów maty, złamię się totalnie – i w przenośni, i w rzeczywistości. Miałam już tego wszystkiego dość i chciałam rozluźnić brzuch, wyjąć ten sztylet z okolicy pępka. Tato był przy mnie, Zenek (spiker) też uściskał mnie serdecznie. Spytam sędziego, czy mogę już skończyć i zejść z trasy. Mogłam. Oddałam czipa. Na zegarze 23:06. Tyle trwała moja dobówka. Zrobiłam 175 km.

    Po oddaniu chipa zebrałam swoje rzeczy i zaczęłam wlec się do samochodu mojego taty. Po drodze dopingowałam biegaczy, ale patrzyłam na to co się dzieje na trasie już zupełnie innymi oczami – kibica, a nie uczestnika. Ja już byłam poza rywalizacją. Pojechałam do domu rodziców. Wykąpałam się, zjadłam przepyszną zupę mojej mamy, wróciłam na dekorację. Potem z Tadkiem, Andrzejem i Michałem wracaliśmy do Warszawy. W domu byłam wieczorem. Poszłam spać tylko trochę wcześniej niż zwykle. I nie czytałam już dzieciom książki na dobranoc. Byłam zmęczona, obolała i senna.

    ~~~~~~

    Gdy minęło trochę czasu i na trzeźwo analizuję końcówkę biegu, stwierdzam, że potrzebne było mi psychiczne wsparcie, aby wytrwać w biegu do końca. Przestałam walczyć, bo w debiucie osiągnęłam dużo więcej niż planowałam. Bo wiedziałam, że zbyt mocno wyśrubowany wynik będzie trudniej poprawić. Gdyby był przy mnie ktoś serdeczny, który chłodnym okiem może ocenić sytuację i doradzić, to mógłby mnie już na 2 godziny przed końcem wysłać do masażystów, aby coś mi z tym brzuchem zrobili – a oni potrafią zdziałać cuda. Mogłam zjeść więcej tabletek rozkurczowych. Mogłam. Wniosek wyciągam jeden – przed kolejnym TAKIM wyzwaniem POWINNAM się lepiej przygotować. I przygotuję się. Na pewno.

    Wyniki Biegu 24H

    Galeria: Mał-gosia
    Galeria na stronie AWF
    Galeria: Motylek 1
    Galeria: Motylek 2
    Galeria: Lajkonik
    Galeria: BigFut

    ~~~~~~

    Przypomniałam sobie ciekawostkę. Biegając w nocy miałam straszną ochotę umyć zęby. Od jedzenia i picia słodkich napoi nazbierało mi się w jamie ustnej mnóstwo badziewia. Wyobrażam sobie jaką salwę śmiechu wywołałabym biegnąc jedną pętlę ze szczoteczką w zębach i pianą na ustach. Musiało mi wystarczyć samo przepłukanie ust wodą. Nie mniej jednak zapisuję sobie tę uwagę, aby w przyszłości pamiętać o tym, żeby na moim stanowisku szczotka i pasta do zębów były obecne.

    Trekking w Tatrach 18-25.07.2010

    August 20th, 2010

    Od lipca zmieniłam pracę. W okresie próbnym urlopu mam tyle co kot napłakał. Siostra zaproponowała wyprawę w słowackie Tatry z biurem podróżniczym, zasponsorowała, jedziemy.

    Niedziela – Dzień 1- Zwierowka-Grześ-Roh-Przełęcz pod Osobitą-Zwierowka

    Do Zakopanego jedziemy w sobotę pociągiem w ogromnym upale. W nocy burza, a rano leje jak z cebra. Nieprzyjemny początek wyprawy, ale ponoć prognozy są dobre. Spotykamy się z naszą grupą i przewodnikiem, razem jedziemy samochodem do Doliny Zuberskiej do schroniska Zwierowka/Zverovka. Na szczęście przestaje padać. Zostawiamy większość bagaży w domkach letniskowych i z mniejszymi plecaczkami idziemy najpierw żółtym, a potem zielonym szlakiem przez Dolinę Łataną szlakiem na Grzesia/Koniaste (1653 m), dalej przez Roh (1571 m) zejście na Przełęcz pod Osobitą i z powrotem do bazy. Zadzierzgamy pierwsze bliższe znajomości przy wieczornym piwie.

    Poniedziałek -Dzień 2 – Zwierowka – Salatyny – Banówka – Zwierowka

    Ze schroniska idziemy niebieskim szlakiem ostro pod górę na Brestową/Brestova (1902 m) właściwie cały czas we mgle. Dopiero na szczycie wybijamy się ponad chmurę i podziwiamy  widoki idąc grzbietem przez Mały i Wielki Salatyn/Salatinsky vrch (2048 m) czerwonym szlakiem. Dalej trasa zaczyna się robić coraz trudniejsza, musimy się wspinać po kamieniach na Spaloną/Spalena (2083 m), Pachoła/Pachola (2166 m), aż do Przełęczy Banikowskiej. Jakoś nikomu nie chciało się zdobywać pobliskiej Banówki/Banikov (2178 m). Grzecznie zeszliśmy żółtym szlakiem do Doliny Spalonej i dalej Doliny Zuberskiej mając w perspektywie znów miły wieczór przy piwie w schronisku Zwierowka.

    Wtorek – Dzień 3 -Prosieczne i Dolina Prosieczna

    Chociaż od rana świeci słońce to jednak prognozy na dalszą część dnia nie są najlepsze, więc zamiast planowanego zdobycia Siwego Wierchu/Sivý vrch (1804 m) jedziemy zdobyć Prosieczne/Prosečné (1372 m) – tu czeka nas ostra, ale krótka wspinaczka, a potem łagodne zejście aż do malowniczej i bajkowej Doliny Prosieckiej, gdzie łapie nas burza i ulewa. Najpierw chronimy się przed wodą starając się schować między skały, ale gdy woda zaczyna zalewać nam buty, a grzmoty się oddalają ruszamy dalej wzdłuż rzeczki Prosieczanki zupełnie mokrzy. Docieramy do parkingu i jedziemy do Hotelu Podbańska mając nadzieję na obfitą wieczerzę. Z trudem udaje nam się opanować hipotermię. Najadamy się do syta, choć przychodzimy za późno na jakiś lepszy wybór hotelowego szwedzkiego stołu. Suszymy się, a wieczorem spędzamy miły wieczór przy muzyce tańcząc (ja niestety przy tych ewolucjach skręciłam sobie lewą nogę w kostce na gładkim parkiecie), bawiąc się, popijając przy okazji urodzin dwojga z naszych towarzyszy wyprawy.

    Środa – Dzień 4 – Baraniec – Płaczkiwy – Ostry Rohacz – Dolina Jamnicka

    Po wczorajszych tańcach większość z nas jest kontuzjowana,obolała, ale mamy ambitny plan i ruszamy z pobliskiego parkingu żółtym szlakiem poprzez Wielki Baraniec/Baranec (2185 m.), Smrek (2089m) na Rohacz Płaczliwy/Plačlivé(2125 m), u podnóża którego nasza wycieczka rozdziela się na grupę “Zadowolonych i Spełnionych”, która schodzi zielonym szlakiem do Doliny Jamnickiej oraz grupę “Nienasyconych i Żądnych Wrażeń” (do której ja się zaliczam), która czerwonym szlakiem lezie na Ostry Rohacz/Ostrý Rohač (2088 m), a potem mocno tego żałuje. Przejście jest niebezpieczne i trudne, a w oddali słychać grzmoty szalejącej gdzieś w oddali burzy. Na szczęście udaje się bez ofiar w ludziach, za do z dużym uszczerbkiem na moim zdrowiu psychicznym na miękkich nogach zejść do Przełęczy Jamnickiej, a stamtąd już prawie biegiem niebieskim szlakiem do Doliny Jamnickiej. Wychodzimy z tej przeprawy na sucho i nawet udaje nam się zdążyć do hotelu na kolację. Ja jeszcze korzystam z hotelowej sauny i basenu, a potem uzupełniam płyny złotym trunkiem.

    Czwartek – Dzień 5 – Bystra Ławka

    Rano jedziemy do Szczyrbskiego Jeziora/Štrbské Pleso, skąd grupa jedzie kolejką krzesełkową do Schroniska pod Soliskiem. Ja wyruszam na nogach i pokonuję tę trasę w 42′, czyli tylko trochę dłużej niż kolejka. Potem trawersujemy żółtym szlakiem do Doliny Furkotnej/Furkotská dolina mijając Furkotne Stawy (Niżni Wielki i Wyżni Wielki) i wspinamy się na Przełęcz Bystra Ławka/Bystré sedlo (2314 m). Tu rozdzielamy się. Ja po wczorajszych atrakcjach od razu schodzę w dół, a ambitna grupa wchodzi z przewodnikiem na Furkot/Furkotský štit (2404 m). Gdy się znów łączymy w całość przy jednym z jezior nadchodzi ulewa, która zmusza mnie do ponownego odłączenia się od grupy i szybkiej ewakuacji w dół przez Dolinę Młynicką obok wodospadu Skok, który mijam przy akompaniamencie grzmotów i błyskach burzy. Dzięki temu zdążamy na kolację i nocleg do Podbańskiej.

    Piątek – Dzień 6 – Krywań

    Samochodem jedziemy z Podbańskiej na pobliski parking, skąd zielonym szlakiem ruszamy na Krywań/Kriváň (2494 m), najwyższy szczyt Tatr Wysokich, który zdobywamy i narodową górę Słowacji, skąd rozpościera się przepiękna i rozległej panorama na wszystkie okoliczne pasma górskie, które mamy okazję podziwiać, bo pogoda chwilowo dopisuje (foto poniżej). Ale tak jak wejście na tę granitową górę jest dość ciężkie, tak zejście z niej wymaga ogromnego skupienia i hartu ducha. Niestety schodzimy tą samą drogą, którą weszliśmy. Wolałabym jednak tę trochę dookoła przez Jamy niebieskim, a potem czerwonym szlakiem. Ale znów obawa o burzę. A ta nadchodzi, ale dopiero w nocy. Ten nocleg mamy w Bilikowej Chacie za Starym Smokowcem w okolicy niesamowitych Wodospadów Zimnej Wody/Vodopády Studeného potoka.

    Widok z Krywania

    Sobota – Dzień 7 – Rohatka – Wschodnia Wysoka – Polski Grzebień

    Rano po nocnej burzy pogoda nie wygląda na zachęcającą, ale prognozy są dobre, a zatem realizujemy program. Dziś wychodząc z Bilikowej Chaty niebieskim szlakiem przechodzimy na przełęcz Rohatka (2290 m), schodzimy Doliny Litworowej nad Zmarzły Staw, a dalej na Polski Grzebień/Poľský hrebeň (2200 m). Tutaj korzystając z dobrej pogody szybkie wejście i zejście na szczyt Małej Wysokiej/Východná Vysoká (2429 m) i dalej zielonym szlakiem wzdłuż Wielickiego Potoku do schroniska Sliezky dom, skąd czerwonym szlakiem Magistralą Tatrzańską wracamy do Bilikowej Chaty. Mam dużo szczęścia, bo udaje mi się po drodze przyuważyć grupę świstaków, które baraszkują niecałe 2 metry ode mnie – prawie nie oddychając robię im kilka fotek pożyczonym aparatem. Bardzo udana wycieczka, najpiękniejszy dzień tej wyprawy.

    Niedziela – Dzień 8 – Słowacki Raj

    Dziś od rana leje. Nie ma szans na realizację zamierzonego trudnego wejścia na Czerwoną Ławkę. Zamiast tego w mocno okrojonym składzie jedziemy do Słowackiego Raju, gdzie moknąc i marznąc snujemy się po okolicy. Potem szybkie przebranie się w suche ciuchy i powrót do Zakopanego, skąd pociągiem wracam do Warszawy.

    Bardzo przyjemna wyprawa z dobrą pogodą i wybornym towarzystwem. Będę mile wspominać, w czym pomoże mi ten wpis.

    (Zdjęcia zamieszczę, gdy je dostanę.)

    Eksperymentalny skład

    June 10th, 2010

    Relacja z trasy Classic na rajdzie Adventure Trophy – Arłamów 2010
    Autor: Bartek Jachymek

    Na starcie trasy Classic pojawiliśmy się w eksperymentalnym składzie:
    - Basia Muzyka vel Melody’ja – utytułowana biegaczka ultra. 100km poniżej 10h, Rzeźnik hardcore itp. Nie startowała dotąd w rajdach przygodowych.
    - Bartek Jachymek – truchtacz, rowerzysta. Sporo startów na krótszych rajdach. Z reguły na mecie w okolicach połowy stawki.
    Przyjechaliśmy do Arłamowa już w środę. Żeby wyspać się, pokibicować przy starcie Mastersów, przygotować na spokojnie przepaki i pokręcić się po okolicy. W drodze usłyszałem w radiu piosenkę, która w refrenie miała “a rowery jak cielęta leżą nad brzegami rzek”. Przez cały rajd te rowery jak cielęta plątały mi się po głowie.

    Ciekawiło mnie, jak w wykonaniu zespołów 4 osobowych będzie wyglądał 1 etap, czyli BnO na którym zespół może dowolnie rozdzielić między sobą punkty kontrolne. Dziewczyny zaliczyły najbliższe PK i wróciły do strefy zmian sporo przed pozostałymi członkami zespołów. Zrobiło się piknikowo. Zielona trawka, słońce. Tylko rozmowy przez komórki, kto już co znalazł i kogo gdzie trzeba wysłać, zdradzały że w okolicznych krzakach trwa walka na najdłuższej trasie AT, a ten piknik, to centrum dowodzenia rozproszonymi zespołami.

    E1 – rozproszone BnO

    Dzień później przyszła kolej na nas. Duże mapy dostaliśmy 2h przed startem i na spokojnie wyrysowaliśmy na nich planowaną trasę. Mapy do 1 etapu rozdano na 10 min przed startem. Do zaliczenia 8 punktów. Ustaliliśmy podział: Basia bierze 4 punkty bliżej startu (2,7,4,3), ja 3 punkty dalej (8,6,1). Kto skończy swoje, ten dzwoni i ustalamy kto weźmie pk5. Po starcie ruszyłem z gromadką innych zawodników którzy przyjęli taką samą kolejność zaliczania punktów. Dwa pierwsze PK poszły łatwo, przy trzecim chwilę straciłem, bo zacząłem go szukać za blisko drogi. W końcu znalazłem. Basia szukała jeszcze ostatniego ze swoich, więc PK5 został dla mnie. Znalazłem go, wydostałem się na skuśkę do asfaltu i pobiegłem do bazy. Basia już tam czekała.

    E2 – Rolki & Rower

    Po BnO wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy 15km na start etapu rolkowego. Wg pierwotnych planów, mieliśmy ruszyć asfaltem spod bramy ośrodka. Jednak podpatrując inne zespoły postanowiliśmy zjechać po stoku dla narciarzy i na dole wydostać się na drogę przez krzaki. Wyszło średnio bo zjechaliśmy za nisko i trzeba było kawałek podejść. Reszta dojazdu do rolek poszła gładko.

    Na rolkach 4 razy tam i z powrotem. Tam pod górę, z powrotem z góry. Na początku po drodze jeździło sporo zespołów. Z biegiem czasu kolejne zespoły wsiadały na rowery i odjeżdżały. Na trasie robiło się coraz luźniej. Pomyślałem, że to będzie strasznie demotywujące, jak okaże się, że kończąc rolki zabierzemy 2 ostanie rowery. Ale nie, jaszcze jakieś leżały a nawet jeden zespół dopiero przyjechał gdy my kończyliśmy.

    Po rolkach dosyć długi przelot asfaltem do PK4. Raz pod górę raz z góry. Większość trasy rowerowej na tym rajdzie przejechaliśmy asfaltem. Poza nielicznymi szutrówkami, w okolicy były 2 rodzaje dróg: asfaltowe oraz nieprzejezdne rowerem. Stąd taki wybór wariantów. Prosta nawigacja tylko dużo podjazdów. Zjazdów oczywiście też dużo. Podjazdy idą nam wolno. Takie zresztą było przedstartowe założenie – Basia jest biegaczką więc mamy dać czadu na trekkingach. Etapy rowerowe jeździmy spokojnie. Tak więc póki co, podziwiam widoki, trochę żałuję, że nie wzięliśmy holu i z lekkim niepokojem myślę o następnym etapie. Tam się dopiero zacznie… Łykamy PK4, PK5 i trochę przed g. 20 docieramy na przepak nad Sanem. Zostawiamy rowery (a rowery jak cielęta) i ruszamy na trekking.

    E3 – Trekking

    Zaczyna się ściemniać. Zaczyna się nawigacja po bezdrożach. Basia zaczyna biegać. Krótko mówiąc – koniec rekreacji. Najpierw niebieskim szlakiem pod górę. Gdzie stromo, tam idziemy, gdzie bardziej płasko, tam biegniemy. Wyprzedzamy kilka zespołów. Szlak doprowadza nas do asfaltu, tam kawałek szosą na południe i zaraz skręcamy w zielony szlak na S-E. PK7 ustawiony jest na małej górce usytuowanej obok sporo wyższego od niej grzbietu. Można albo zejść w odpowiednim miejscu z zielonego szlaku i wbijać się na przełaj na grzbiet, tak żeby trafić tam w okolicach PK7 albo pójść kawałek dalej zielonym, wejść nim na grzbiet i cofnąć się grzbietem do PK7. Gęsta ściana krzaków w którą musielibyśmy się wbić i pokręcona rzeźba terenu spowodowały że wybrałem wariant dookoła. Zwłaszcza, że PK7 nie łapał się jeszcze na dokładne mapy w skali 1:15k, które obejmowały resztę trekkingu. W okolicach PK7 kręciło się kilka zespołów, szukających punktu. Dołączyliśmy do poszukiwań. Co jakiś czas któryś zespół decydował się przyjąć 4h kary i iść dalej bez zaliczenia 7. Cały myk z PK7 polegał na tym, że trzeba było wybrać właściwe miejsce na grzbiecie i zacząć schodzić z niego na SW. Przedzierać się w dół przez krzaki i nie tracić wiary, że wybrało się dobre miejsce. Jeśli wybrało się dobre, to po jakimś czasie teren przestawał opadać, zaczynał się wznosić i trafiało się na małą górkę z PK7 na szczycie. Jeśli wybrało się źle, to można było schodzić i schodzić aż do szosy na Sanok. Najpierw szukaliśmy trochę za daleko, potem sporo za daleko, potem tam gdzie trzeba i znaleźliśmy. Już przed PK7 zaczął dopadać mnie kryzys. Głównie spowodowany szybkim tempem podejścia. Kłopoty ze znalezieniem punktu (to dopiero pierwszy nocny punkt i od razu problem, zostało jeszcze 8 punktów na tym trekkingu i jak będzie nam szło tak jak z tym, to kaszana) też pewnie trochę się dołożyły. Zeszliśmy na przełaj na zachód do asfaltu i ruszyliśmy w stronę PK8. Robiło się ze mną coraz gorzej aż w końcu przestałem kojarzyć, co się dzieje dookoła. Basia przejęła nawigację i doprowadziła nas na PK8. Dalej ruszyliśmy w grupie 3 albo 4 zespołów. Ja w charakterze zombie drepczącego grzecznie, gdzie prowadzą. Szliśmy, szliśmy i po pewnym czasie okazało się że wyszliśmy w maliny. Za bardzo na zachód. Zespoły przyjęły różne strategie wybrnięcia z opresji i grupa się rozdzieliła. My zostaliśmy z zespołem Hades Sklep Podróżnika czyli Bartkiem i Konradem – organizatorami niedawnych Wertepów-Telepów. Konrad walczył ze sleep monsterem, a Bartek nawigował i wyprowadził naszą czwórkę na PK9 a potem PK10, gdzie była przeprawa przez San na tratwie z dętek.
    Przyszliśmy w 2 zespoły razem, więc obsługa przeprawy zarządziła, że na przeprawę mamy wymieszać zespoły. Najpierw popłynęła Basia z jednym z Hadesów. 15-20 min odpoczynku w czasie czekania na swoją kolej wystarczyło, żebym wrócił do rzeczywistości. Po drugiej stronie Sanu raźnie ruszyliśmy w kierunku PK11 i znaleźliśmy go bez problemów. W połowie drogi do PK12 zaczęło świtać. Bartek i Konrad zostali gdzieś z tyłu. Kolejne punkty wchodziły gładko. Przez przełęcz, w dół wzdłuż strumienia, przeskoczyć strumień i na szczyt po drugiej stronie wąwozu (PK13), w dół, przeskoczyć strumień i w górę na szczyt po drugiej stronie (PK14), grzbietem nad brzeg Sanu (PK15 – tyrolka). Między PK13 a PK14 spotkaliśmy weteranów z Compass-Mareto 2 i wspólnie przemieszczaliśmy się prawie do samej tyrolki. Tuż przed tyrolką panowie zastosowali strategiczny wariant na skróty przez krzaczory, który dał im pierwszeństwo w kolejce do przeprawy przez San. Na przeprawę czekały już 4 inne zespoły więc mieliśmy przymusowy odpoczynek. Gdy nadeszła nasza kolej, pojawili się Marcin i Olek z Sherpas/Niezła Korba. Myślałem, że są gdzieś daleko przed nami a tu niespodzianka. Zjazd tyrolką bardzo malowniczy. Po drugiej stronie czuliśmy już bliskość przepaku i zapowiadanego ciepłego posiłku. Ruszyliśmy biegiem wzdłuż brzegu. Na początku wydawało się, że to tylko chwila i będziemy na miejscu. Potem teren zrobił się trudniejszy i musieliśmy sforsować kilka upierdliwych wąwozów. W końcu dotarliśmy na kemping, gdzie rowery jak cielęta. Na przepaku dostaliśmy mięso z ryżem i gorącą herbatę. Basia powiedziała, że idzie się wykąpać i gdzieś zniknęła. Potem wróciła i mimo to była wcześniej gotowa do dalszej drogi niż ja. Czary jakieś.

    E4 Rower

    Trasa z przepaku na PK17 to najpierw długi przejazd asfaltem a potem podejście pod górę ścieżką. Na asfalcie jechaliśmy powoli. Basi odnowił się jakiś problem ze stopą który nie przeszkadza w chodzeniu i bieganiu ale przeszkadza w pedałowaniu. Dojechaliśmy do wsi Paszowa i skręciliśmy w ścieżkę prowadzącą na szczyt góry. Nad górą krążyły 2 szybowce. Ścieżka to nie byle jaka. Na potrzeby zawodów została specjalnie dorysowana do mapy i na odprawie podkreślano, że ona tam jest. Była. Na początku przejezdna rowerem, potem robiło się coraz stromiej, a drogę zagradzało coraz więcej zwalonych drzew. Na szczycie był PK17, wyrzutnia dla szybowców i coś jakby hotel. Szkoda, że nie mieliśmy czasu zostać dłużej i obejrzeć wyrzutnię w akcji. W hotelowym barze kupiłem Colę i zjechaliśmy asfaltową drogą do wsi Bezmiechowa. Dane ze zjazdu: Vmax 67km/h i 53km/h przy ograniczeniu do 15km/h Potem na zachód do torów, kawałek polną drogą wzdłuż torów i PK18 w tunelu pod torami jest nasz. Do Kamienia Leskiego gdzie czekają na nas zadania linowe został rzut beretem. Skałę widać było już z drogi i prezentowała się bardzo malowniczo. Wg opisu zadań specjalnych, mieliśmy pokonać dwie z trzech dróg wspinaczkowych o trudności III – IV UIIA. Na miejscu okazało się, że jest tylko 1 droga. Trzeba wejść i zjechać. Nie znam się na oznaczeniach trudności, ale trudno nie było. Do wykonania przez kogoś, kto nie ma pojęcia o wspinaczce, jest zmęczony i na nogach ma SPD. Na podobne fragmenty można trafić w Tatrach na szlakach turystycznych. Tylko na szlaku byłby w tym miejscu łańcuch, a tu nie było. Po zaliczeniu skałki, pojechaliśmy przez Zwierzyń do PK20. Trasa wiodła bardzo malowniczymi drogami wzdłuż Sanu a potem jeziora Myczkowieskiego. Punkt był przy brodzie przez Bereźnicę. Niestety po naszej stronie i nie trzeba było przechodzić przez wodę. “Niestety” bo od razu pomyślałem o podążających gdzieś za nami organizatorach Wertepów. Oni lubią wodę :-> Na etap kajakowy pojechaliśmy dookoła przez tamy w Myczkowicach i Solinie, bo liczba poziomic na g. Berdo nie wyglądała zachęcająco.

    E5 Kajaki

    Kajaki jak to kajaki. Mocarzami w wiosłowaniu nie jesteśmy więc poszło dosyć wolno. Statek wycieczkowy uparcie pływał dookoła nas i robił fale. Spotkaliśmy znowu Sherpas/Niezła Korba którzy deptali nam po piętach.

    E6 Rower

    Ten etap to długi przelot do Arłamowa z jednym PK po drodze. Problem ze stopą Basi nasilił się i większość podjazdów podchodziliśmy. Sherpas/Niezła Korba nas wyprzedzili. Przed Ustrzykami Dolnymi, razem z Polsko-Czeskim zespołem Siesta Addventure wstąpiliśmy do sklepu uzupełnić napoje. Ze stopą było kiepsko i Basia zaczęła popłakiwać w czasie jazdy. Gdy doleciały do mnie słowa, które mówiła do samej siebie “ja już nie dam rady”, “nie ukończę tego rajdu” itp. pomyślałem, że jest na prawdę kiepsko i zacząłem kombinować co by tu zrobić, żebyśmy jednak zaliczyli wymagane minimum z ostatniego etapu pieszego i byli sklasyfikowani. Dojechaliśmy do skrętu na PK25 i zobaczyliśmy “żwirową” drogę pod górę. Żwirową w cudzysłowie, bo żwir był wielkości pięści. Ledwo dało się po tym jechać i miało być tego 8km. Żeby ratować szansę na to, że damy radę jeszcze wyjść na ostatni etap, zaproponowałem opuszczenie tego PK i jazdę wygodną drogą do Arłamowa. I tu zdziwko – zapłakana Basia spojrzała na mnie jak na idiotę i zdecydowanym głosem powiedziała “No co ty, jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B. Zbieramy wszystko.” Potem ruszyła pod górę po kamieniach. Skoro tak, to dobrze.
    Szczęśliwie, kamienie skończyły się po ok 1km i dalej był normalny asfalt. Przy PK25 zaczęło się ściemniać – nasza druga noc na trasie. Wg pierwotnych planów, dalej mieliśmy teraz jechać kawałek niebieskim szlakiem a potem leśną drogą na skróty do asfaltu. Ale gdy przed startem malowałem trasę flamastrem, to nie wiedziałem jeszcze jak wyglądają tutejsze leśne drogi. W dodatku zapadał zmierzch. Dlatego pojechaliśmy dookoła przez Ropienkę i Wojtkówkę. W pewnym momencie Basia zapytała ile jeszcze km nam zostało. Powiedziałem że 10km, a chwilę potem przy skręcie w Jureczkowej był drogowskaz “Arłamów 11km”. Ubzdurałem sobie, że muszę być gotowy na kolejne pytania o to, ile jeszcze zostało i co więcej, muszę rozłożyć ten dodatkowy kilometr równomiernie na całą trasę, bo inaczej Basia zorientuje się, że coś się nie zgadza. Wyszło, że 1km moich zeznaniach musi odpowiadać 1.1km na liczniku rowerowym. Co chwila mi się te obliczenia myliły. Ciężko się liczy po 31h rajdu. W dodatku w Kwaszeninie przegapiłem skręt w lewo i nadłożyliśmy kilkaset metrów, zanim się zorientowaliśmy. W końcu, trochę przed 22, przyjechaliśmy do bazy, gdzie czekał na nas park linowy.

    Park linowy i spanie

    Dotąd wydawało mi się, że dobrze się trzymam. To były tylko pozory. Przejście po trójkątach w parku linowym wystarczyło żebym zmienił się we wrak napieracza. Ze dwa razy o mało z tego nie spadłem, raz utknąłem i myślałem, że nie da rady, żebym przeszedł na następną linę. Po przejściu parku linowego nadawałem się już tylko do tego, żeby iść spać.

    Trójkąty wyglądają tak

    Za to Basia odzyskała wigor. Skakała po tych wszystkich linach, trójkątach, belkach i innych takich, jak wiewiórka. Podobno to ma coś wspólnego z ćwiczeniem jogi. Chodziłem kiedyś na jogę. Widocznie za mało. Pamiętaliśmy, że pierwszy trekking był ciężki nawigacyjnie więc uznaliśmy, że nie ma sensu ruszać po ciemku na drugi. Postanowiliśmy przespać się i ruszyć o świcie z nowymi siłami. Po parku linowym zasypiałem na stojąco zanim dotarłem do śpiwora. Basia przejęła dowodzenie przepakiem. Tu położymy rowery, to zostawiamy, to bierzemy, nastaw budzik na 3:30, masz tu bułkę do zjedzenia – wychodzi doświadczenie matki w kładzeniu dzieci spać. O 3:30 zadzwonił budzik. Chwilę zajęło zanim skojarzyłem, że jestem w bazie rajdu. Następną chwilę – że nie jesteśmy po rajdzie tylko w trakcie. Doleciał mnie głos Basi proponujący jeszcze 0.5h snu. Zgodziłem się i natychmiast zasnąłem. O 4 znowu pobudka. W ręku dalej trzymałem bułkę – wieczorem zasnąłem przed zrobieniem pierwszego gryza. Zjedliśmy co mieliśmy i ruszyliśmy na ostatni etap.

    E7 Trekking z OSem

    Mieliśmy znowu dużo sił. Poranna mgła malowniczo zalegała w dolinach. Było super. W drodze do PK28, niedaleko bazy, natrafiliśmy na 2 postacie zawinięte w NRCty, śpiące na poboczu drogi. Później dogadaliśmy się z Marcinem (Sherpas/Niezła Korba) że to byli oni. PK28 znaleźliśmy po krótkim czesaniu krzaków. Przez poranną rosę, kompletnie przemoczyłem buty. Miałem zapasowe skarpetki w plecaku, ale uznałem że skoro to już ostatni etap, to nie chce mi się zmieniać. Wracając z PK28 minęliśmy znajomych Compass-Mareto 2 którzy szli po ten punkt. Do PK 29 najpierw z powrotem drogą na północ, potem na skróty na północ do asfaltu, dalej 3 zygzaki asfaltem i leśną drogą na wschód w kierunku punktu. Przy punkcie – znowu Compass-Mareto 2. W drodze do PK31 spotkaliśmy kolejnych starych znajomych z pierwszego trekkingu – Bartka i Konrada. Szli asfaltem w przeciwną stronę niż my. Zastanawialiśmy się, skąd i dokąd oni mogą iść w tym miejscu i w tym kierunku. Minęliśmy się i zaraz potem my skręciliśmy na północ, żeby grzbietami przez Wielką Pasiekę i Małą Pasiekę dojść do PK30. Po krótkim czasie Bartek i Konrad nas dogonili, a przy samym punkcie pojawili się też panowie z Compass-Mareto 2. Sądząc po kierunku z jakiego przyszli i na PK29 i tu, preferowali warianty na skróty. Czasowo, wychodziło podobnie. Trasę w rejon odcinka specjalnego, zamiast trzymać się żółtego szlaku (i kreski flamastrem), pokonaliśmy wariantem autorskim. Wykombinowaliśmy sobie, że idąc drogami na zachód od żółtego szlaku, zaoszczędzimy na przewyższeniach. I zaoszczędziliśmy, tylko drogi najpierw były, potem się rozmyły i przedzieraliśmy się przez las. Zajęło nam to masę czasu. OS zaliczyliśmy bez większych problemów w kolejności A-D-C-B-E. Na D spotkaliśmy Bartka i Konrada. Oni właśnie kończyli OS i powiedzieli że szli żółtym szlakiem. To oznacza, że wtopiliśmy na autorskim wariancie ok 30-40 minut. Z kolei na punkcie E – naszym ostatnim, spotkaliśmy 2 mixy ze stajni Funexsports. Oni dopiero zaczynali OS. Na koniec OSu zaczął padać deszcz. Intensywny ale krótki. Całkiem miłe odświeżenie. Został nam do zaliczenia już tylko PK31 i meta. Trasa na ostatni punkt prowadziła najpierw długo szutrową drogą, potem kawałek grzbietem. Chmury na niebie straszyły, że zaraz zacznie lać. Nie przejmowaliśmy się tym. Jeszcze ze 3h i będziemy na mecie. Może być ulewa, gradobicie i trzęsienie ziemi – nic nas nie zatrzyma. Przemoczenie butów rosą na początku etapu zaczęło dawać o sobie znać. Na razie w postaci lekkiego pieczenia stóp przy chodzeniu. Żeby pokazać stopom, że łatwo się nie poddam, zaproponowałem Basi bieganie. W końcu mamy kawałek dobrej drogi. Nie chciała. Nawet się ucieszyłem, tak na prawdę, wcale nie chciało mi się już biegać. Wejście na PK31 poszło bez problemów. Za to wydostanie się z niego to długa historia. Wg planów mieliśmy cofnąć się kawałek grzbietem do drogi którą przecięliśmy idąc na punkt i tą drogą zejść na wschód do asfaltu. Kłopot w tym, że idąc na punkt, nie przecinaliśmy żadnej drogi. Skoro jej nie ma, to pozostaje zejść do asfaltu na wprost przez las. Cały czas w dół, cały czas na wschód. W drogę idącą w poprzek, nie da się nie trafić. Tylko, że teren stawiał opór. Krzaki, zwalone drzewa, wąwozy. 1.6km zajęło nam prawie 40 minut. Ten odcinek nie przypadł Basi do gustu. Odzyskała humor dopiero jak wyszliśmy na asfalt. Za to mi się wtedy pogorszyło. Póki przedzieraliśmy się przez krzaki i przeskakiwaliśmy zwalone drzewa, to nie czułem, że bolą mnie stopy. Dopiero monotonne człap, człap po drodze zrobiło się trudne. Zacząłem zostawać coraz bardziej z tyłu. Na szczęście to już ostatnie kilometry. Przed samą metą, pod wpływem dopingujących okrzyków Basi, zmusiłem się do paralitycznego truchtu.

    I tak, o 15:19, 40min przed limitem czasu, pojawiliśmy się na mecie. Naszym planem było dotrzeć do mety zaliczając wszystko. I udało się. Będąc na trasie, nie mieliśmy pojęcia jakie miejsce zajmujemy. Cały czas byliśmy blisko limitów. Przez większość rajdu mieliśmy ok 4-6h zapasu do limitu, ostatni etap robiliśmy z 1-2h zapasem więc wiadome było, że jesteśmy blisko końca stawki. Ale mieliśmy komplet punktów. Okazało się, że dało nam to 2 miejsce w MIXach.

    Bartek Jachymek

    Adventure Trophy 2010 – debiut

    May 17th, 2010

    Miejsce akcji: Pogórze Przemyskie, Góry Sanocko-Turczańskie, baza w Arłamowie

    Czas akcji: Piątek 30 kwietnia 2010 – Niedziela, 2 maja 2010

    Osoby dramatu:

    Ja – narratorka, podmiot niebardzoliryczny, część 2-osobowego zespołu raBarBar – IM 2010, nie bez powodu wymieniam siebie na początku, gdyż jestem w tej relacji najważniejsza;

    Bartek – mój partner z zespołu, Bartłomiej Jachymek;

    Hadesi – zespół Hades Sklep Podróżnika, czyli Bartek i Kondzio (Konrad Rochowski, Bartosz Bartkowiak);

    Dziadki – zespół weteranów Compass-Mareto 2 (Zenon Krzystonek, Jan Gracjasz);

    Mastersi, Klasycy, Rekreacyjni – zespoły, które zamierzają pokonać trasy odpowiednio Masters, Classic, Rekreacyjną; teoretycznie zbiory rozłączne, praktycznie nie do końca; jako zespół jednak grupy nierozerwalne (w ramach dopuszczonych odległości dokładnie opisanych w regulaminie);

    Organizatorzy – a raczej Bardzo Szanowni Organizatorzy, którzy z niezwykłą starannością i podziwu godną naturalnością uporali się z olbrzymim wyzwaniem logistycznym, jakim są takie zawody.

    Przed zawodami

    Propozycję udziału w rajdzie przygodowym dostałam od Bartka, kolegi ze Stowarzyszenia Triathlonowego IM 2010 jeszcze w feralnym roku 2009 – feralnym, bo miałam kontuzję stopy, przez co nie bardzo miałam ochotę i możliwość powalczyć na zawodach tych czy owych. Rok później Bartek ofertę ponowił, ale trudno mi było się dopasować z terminami do napiętego kalendarza startów biegowych. W końcu udało się znaleźć wolny weekend majowy, podczas którego miała się odbyć X edycja zawodów Adventure Trophy. Do wyboru trzy warianty trasy – bez dyskusji przyjęliśmy wersję uśrednioną, czyli trasę Classic, gdyż Masters dla debiutantki wydawała się zbyt poważnym wyzwaniem, a Rekreacyjna niewiele miała w sobie cech rajdu przygodowego – ot, tylko jazda na rowerze i trekking, w tym jedno zadanie specjalne – tylko jedno, jak na wyjazd w Bieszczady, na koniec Polski, na kilka dni zupełnie się „nie opłacało”.

    A zatem Classic, a w tym około 140 km na rowerze, 55 km trekkingu, 7 km biegu na orientację, 15 km na rolkach, 10 km w 2-osobowym kajaku, przeprawy przez rzekę (tratwa, tyrolka), park linowy, wspinaczka na skałę i zjazd na linie, odcinek specjalny. Limit czasu 50 godzin.

    50 godzin? O rany! Robimy z Bartkiem wstępną analizę i wychodzi nam (czy raczej mi) w wersji optymistycznej 22h, ale Bartek śmieje się z mojego założenia, że trekking 30 km robimy w 3 i pół godziny. Tak naprawdę te pół godziny dodałam tylko dlatego, że wypadnie w nocy. On mówi, że bardzo dobrze będzie, jeśli uda nam się to w 8 godzin. 8 godzin na 30 km? Nie mogę uwierzyć. Przecież nawet spacerkiem dałoby się to zrobić szybciej. Ewidentnie nic nie wiem o trekkingu, orientacji. Moja wersja pesymistyczna całości (42 godziny) jest wg Bartka bardziej realna, ale też trudna do zrealizowania. Z niedowierzaniem kręcę głową.

    Przygotowania nie różnią się zbytnio od mojego normalnego cyklu treningowego, bo przecież i tak biegam i jeżdżę na rowerze dość sporo. Dodatkowo wybrałam się ze 2 razy na rolki, bo wiem, że bez treningu będą mnie boleć mięśnie piszczelowe. Szkoda mi czasu na naukę wspinaczki, choć w przyszłości chciałabym go jednak znaleźć, bo to może być całkiem zabawne. Trochę podciągam się na drążku, trochę ćwiczę mięśnie ramion na gumach.

    Podczas przygotowań w pierwszych dniach dystans, który sobie wybraliśmy przeraża mnie. Może nie tyle długością, co czasem trwania. To z pewnością będą moje najdłuższe zawody. Ale gdy już się nieco oswajam z myślą o tym starcie, to zaczynam go wręcz bagatelizować. Rodzi się we mnie nawet szatańska myśl, czyby nie spróbować jednak trasy Masters. Na szczęście rozsądek związany z moim debiutem oraz brakiem szpeju (jak również z brakiem umiejętności jego obsługi) wyparowuje dość szybko. Im bliżej godziny zero, tym większy powraca respekt przed dystansem Classic – pieszczotliwie przez Organizatorów opisanym jako „dla sprinterów”. Bagatela – 230 km.

    Podoba mi się przygotowanie logistyczne. To nie to co bieg, gdzie najważniejsze buty i skarpetki, trochę ciuchów i od biedy jeszcze jakieś odżywki. Tu trzeba naprawdę dobrze rozplanować co, gdzie, kiedy, rozważyć różne warianty pogodowe oraz porę doby. Przygotowuję się do tego bardzo starannie, choć nie bardzo inwestuję w potrzebny sprzęt – biorę to co mam, czołówkę pożyczam, dokupuję tylko drobiazgi. Wielokrotnie w wolnych chwilach w myślach trenuję szybkie zmiany. W wyobraźni wielokrotnie wpadam na przepak, wiem co gdzie mam, przebieram się, napełniam plecak i staję w gotowości do dalszej drogi. Tu organizacja musi być perfekcyjna. Przesadnie nawet.

    Na dwa dni przed wyjazdem podczas jazdy na rowerze robię efektownego fikołka przez kierownicę. Nie bardzo z chęci popisania się przed moimi dziećmi, które jadą tuż za mną. Nie bardzo z powodu przetestowania swoich umiejętności kaskaderskich. Raczej po to, aby uniknąć zderzenia z inną rowerzystką. Nagły i zupełnie nieplanowany to fikołek, czego dowodem jest nieumiejętne wyrzucenie prawej nogi w górę ponad głowę. Zahaczam udem o kierownicę, mój stalowy mięsień czworogłowy w drobny mak roztrzaskuje dzwonek oraz dźwignię przerzutki. Cała posiniaczona, odrapana, poobijana, z ranami jeszcze wciąż krwawiącymi jadę do serwisu rowerowego przebłagać, aby mi ten rower doprowadzili do stanu używalności – najlepiej natychmiast, czyli najdalej do jutra. Udało się, naprawili, kupiłam nową przerzutkę, nowy dzwonek (tym razem trochę bardziej obły w kształcie, gdyby mi przyszło znów się kiedyś przymierzyć do testowania twardości czworogłowych).

    Z siniakiem jak Morze Kaspijskie i kilkoma głębokimi, ale zasuszonymi ranami na udzie wyjeżdżam z Bartkiem z Warszawy już w środę, aby dobrze wypocząć po długiej podróży, wyspać się i trochę popodglądać zespoły na najdłuższej trasie. Czwartek jest dniem odpoczynku – dość czynnego, bo robimy sobie ponad 3-godzinną wycieczkę po okolicy Arłamowa – miejsca magicznego. Ja po raz pierwszy zapoznaję się z kompasem, ale i tak nawigacją ma się zajmować Bartek. Cały czas pilnuję go, aby dużo jadł, żeby miał siłę na długą i mozolną trasę. Wiem, że odżywianie przedstartowe w sportach wytrzymałościowych odgrywa kluczową rolę w późniejszym kryzysach lub ich braku. Wysypiamy się dość przyzwoicie w przytulnych warunkach wspólnej sali (my na pięterku obok kilku innych drużyn), którą udostępnił właściciel ośrodka w Arłamowie – standard łazienek na bardzo wysokim poziomie, do dyspozycji wrzątek non-stop, gniazdka elektryczne, smaczne posiłki w promocyjnych (dla uczestników rajdu) cenach w eleganckiej restauracji. Jednym słowem – RAJ!

    Odprawa – piątek, godz. 12.00

    Dwie godziny przed startem odprawa – kilka słów organizatora i dostajemy mapy – dwie olbrzymie, zadrukowane z dwóch stron płachty. Zaczyna się rysowanie najbardziej optymalnej trasy. Potem jeszcze na krótko przed starem mała mapka do biegu na orientację – tu (i tylko tu) możemy się rozdzielić. Ja biorę 4 najbliższe punkty, Bartek 3 dalsze, co do jednego, który jest pomiędzy umawiamy się, że zbierze go ten, kto szybciej zaliczy swoje, kontakt przez telefon.

    BnO – piątek, godz. 14.00

    Start. Rzucam się szalonym biegiem w dół, aż mi ktoś zwraca uwagę, żeby wolniej. Nie mogę wolniej. Moja taktyka jest prosta – jak najdłużej utrzymywać się w grupie, bo nie mam doświadczenia w nawigacji. Pierwszy punkt banalnie prosty, ale odbijam go jako jedna z ostatnich, wszyscy tak szybko biegną. Ja staram się za innymi, ale wyraźnie zostaję w tyle – z drugiej strony nie chcę też przeginać z tempem i wypruwać flaki na początku zabawy. Dobiegam do drogi i stamtąd w teren wzdłuż strumienia, skoro punkt ma być na jego rozwidleniu. Z łatwością namierzam, z dala jeszcze widzę jakiś zawodników. Wspinam się po kolejny, już raczej sama, trochę zaczynam spoglądać na mapę, trafiam bezbłędnie prosto na ambonę. Teraz wyznaczam azymut i biegnę po terenie, ale łatwo nie jest, bo co chwila jakieś gałęzie, krzaki łapią mnie za ubranie, przytrzymują. Trafiam na jakiś jar, szukam punktu, tu go nie ma, inni gdzieś pobiegli – nie wiem czy znaleźli i lecą dalej, czy nadal szukają. W końcu widzę jakiegoś błąkającego się zawodnika i pytam, czy ma PK3. Nie ma, szuka. No ja też. Tylko on tak trochę bardziej na południe, ja raczej kieruję się do wąwozu na północ. Dzwoni Bartek i mówi, że ma już swoje wszystkie trzy punkty, ja mówię, że szukam czwartego, więc niechaj bierze ten nieobsadzony. Ledwie kończę rozmowę, już mam swój lampion. Zbiegam w dół, odbijam kartę. W pierwszym odruchu zamierzam krzyknąć do tego szukającego, że już mam, że to tutaj, ale potem odzywa się duch rywalizacji „a niech sam sobie szuka”. Na szczęście moje rozterki zostają rozwiane, bo rozglądając się na szczycie wąwozu tego zawodnika nie widzę, więc spokojnie biegnę do bazy.

    Mijam asfaltówkę, widzę jakiegoś podążającego nią biegacza, ale ja spoglądając na mapę wybieram drogę na skróty – w końcu na tym ta zabawa ma polegać, na biegu na azymut. Po jakimś czasie jednak trochę żałuję, bo skrót okazał się ciężki do biegu, raczej do brnięcia. Ale mam czas, to brnę. Znów dzwoni Bartek, że ma już ostatni punkt, ja też mówię, ze mam swoje, wiec spotykamy się w bazie. Mam dużo czasu, zanim mnie dogoni, więc nie szarżuję. Dobiegam po około 50 paru minutach i mam czas, żeby się spokojnie napić, zjeść banana, założyć spodenki rowerowe, kask, rękawiczki, okulary, porozglądać się. Gdy Bartek dobiegnie po kilkunastu minutach odbijam kartę startową i mówię, że nie ma co jechać dookoła asfaltem, bo widziałam inne zespoły jadące wzdłuż wyciągu na skróty.

    Rower 15 km – piątek, godz. 15.15

    Bierzemy rowery i po stromym zboczu zjeżdżamy w dół. Jak to dobrze, że byłam na paru zajęciach rowerowych z moimi dziećmi i nauczyłam się, aby podczas zjazdów trzymać tyłek za siodełkiem. Inaczej znów fiknęłabym koziołka. Nie lubię zjazdów, tych stromych. Boję się. A tu jeszcze trzęsie na trawie, mam wrażenie, że zaraz coś mi odpadnie. Staram się zjeżdżać zakosami. Gdy lądujemy na dole okazuje się, że las tam jest nieprzejezdny. Widzę minę Bartka, który bierze rower i z powrotem zaczyna pchać pod stromą górę. Ja za nim, a za nami (ale dużo wyżej) inny zespół, który najwyraźniej postanowił się nas trzymać. Jestem zrozpaczona, ale się nie poddaję. Po paru metrach wypatruję jednak jakąś boczną drogę i wołam Bartka. Jedziemy tędy. Dojeżdżamy do asfaltu. Za nami ten drugi zespół męski i w takim składzie spokojnie dojeżdżamy do rolek.

    Rolki 15 km

    Nie jesteśmy mocarzami rolkowymi, więc jedziemy spokojnie, na miarę naszych możliwości. Cztery razy tam i z powrotem po terenie lekko pofałdowanym, ale tak akurat. Za każdym razem na trasie coraz mniej zespołów, co przyjmuję z radością, bo wolę jeździć jak jest pusta droga. A tu dodatkowo po skończonych rolkach na trasie pojawiają się jeszcze raz drużyny – tym razem na rowerach. Ten odcinek zajmuje nam około godziny, z przebieraniem trochę więcej.

    Rower 35 km

    Ja zmiany mam szybkie, muszę czekać na Bartka. Nie tylko dlatego, że tylko on ma rowerowy mapnik (moja mapa leży sobie spokojnie złożona w plecaku), ale także dlatego, żeby nie rozciągać dystansu między nami ponad regulaminowe 100 m, żeby nie było dyskwalifikacji. Szkoda, bo na rowerze jestem wyraźnie słabsza. Podjazdy idą mi wolno, zjazdy również, bo boję się szybkości i jadę na zaciśniętych hamulcach. Dojeżdżamy do jakiejś szerokiej drogi, która wiedzie w górę. Gdy robi się naprawdę stromo schodzę z roweru i maszeruję. Sądzę, że podobnym tempem pedałowałabym na najniższych przełożeniach, a zmęczyłabym się bardziej. W pewnym momencie zaczynam wątpić, czy Bartek na pewno wybrał najlepszy wariant trasy, ale w końcu góra się kończy, zaczyna zjazd. Teraz już szybko jeden punkt, potem drugi, zjazd na przepak B w Tyrawie Solnej. Zaczyna się robić szaro.

    Trekking 30 km – piątek, godz. 19.53

    Ruszamy na trekking, żwawo, na prostej drodze delikatnym truchtem, pod górę szybkim marszem. Wyprzedzamy kilka zespołów. Ku mojej dużej radości. Nie wiedziałam, że tak mnie ucieszy zostawianie rywali w tyle. Czołówki niezbędne, bo już robi się naprawdę ciemno. Na początku trasa łatwa nawigacyjnie, gdy schodzimy ze szlaku na ścieżki robi się gorzej, a gdy walimy na azymut bez ścieżki, to już naprawdę kiepsko. Dochodzimy do górki, w okolicach której ma być PK7. Wokół krąży kilka osób – widać punkciki czołówek. Czeszemy teren tam i siam i nigdzie nie widać tzw. małej górki na lewo od szczytu. Ja złażę gdzieś głęboko w dół i ogarnia mnie przerażenie – jestem otoczona gęstą ciemnością i… jestem tego pewna, że także dzikimi zwierzętami. Bartek nie reaguje na moje nawoływania – nie słyszy? W końcu otrząsam się i zawracam. Jakiś zespół mówi, że krąży tu już 2 godziny, więc rezygnuje i rusza dalej. My się nie poddajemy. Jeszcze nie. Dochodzimy do jakiejś dróżki za wzgórzem, więc Bartek podchodzi do sprawy metodycznie – musimy się cofnąć 250 m, gdzie powinien być szczyt i stamtąd schodzić w dół. Wydawałoby się, że nic prostszego. Gdyby nie fakt, że akurat teraz Bartek dostaje torsji. Już wcześniej nie czuł się zbyt dobrze, ale teraz jakieś apogeum. No nic – Bartek górą, po ścieżce, ja przedzieram się niżej przez krzaczory. Po godzinie błądzenia znajdujemy upragniony PK7, ruszamy dalej.

    A dalej dość prosto nawigacyjnie. Na szczęście, bo z Bartkiem wciąż źle. Ja biorę mapy i prowadzę wycieczkę – dołączył do nas zespół Chorwatów. Na PK8 spotykamy kilka drużyn i dalej idziemy w dużej grupie. Szlak się gdzieś gubi, ale Dziadki dziarsko idą do przodu, my za nimi. Ja zaczynam powątpiewać w słuszność wyboru drogi, Bartek dosłownie zaczyna się słaniać, czuć od niego acetonem – aha! mamy tutaj odwodnienie. Przypominam mu, żeby pił, a on nie może, bo wciąż mu niedobrze. W końcu ciągnie colę z mojego camela – co jak co, ale cola jest dobra na takie problemy. Już nie raz wybawiła mnie i dzieci przy problemach z grypą żołądka. Dziadki idą dalej, a ja wypatruję jakąś drogę w lewo i zaczynam się zastanawiać nad tą opcją, bo wyraźnie zaszliśmy nie tam gdzie powinniśmy. Mój pomysł podchwytuje także zespół Hadesów. Psychologicznie oceniam nawigującego tam Bartka dość dobrze, więc postanawiamy się ich trzymać, tzn. ja postanawiam, bo mojemu partnerowi jest wszystko jedno, przechodzi głęboki kryzys. Lepiej trzymać się w kupie, gdyby z Bartkiem było coś nie tak, to zawsze chłopaki pomogą jakoś trupa odstawić do cywilizacji, sama nie dam rady. Na szczęście Hadesy nie szarżują tempa za bardzo, bo u nich Kondzio też ma kryzys – co prawda raczej ze snem, niż przewodem pokarmowym, ale zawsze. Mnie ogarnia przerażenie, bo skończyła mi się cola w camelu, nic nie piję od dłuższego czasu, ale na szczęście przechodzimy obok jakiegoś źródełka, więc napełniam bukłak zimną wodą. Leziemy jakoś bez sensu, skaczemy ze skarpy, w końcu dochodzimy do drogi (tutaj spotykamy kopulujące jeże) i atakujemy punkt od innej strony. Ja w pełnym zaufaniu do hadeskiego Bartka. Tak razem znajdujemy kolejne punkty, w końcu dochodzimy do zadania specjalnego – przeprawy przez rzekę (San) na tratwie. Nie wiadomo skąd nagle pojawili się przed nami Dziadki i nacierają ostro, a my puszczamy Hadesów przodem, ale obsługa punktu i tak decyduje, że przeprawiamy się przez rzekę miksując się ze sobą – najpierw ja z Kondziem, potem Bartki ze sobą. Ta tratwa to kilka dętek i kilka skleconych naprędce deseczek, a więc pewne jest, że przemoczymy to i owo podczas przeprawy. Na szczęście po drugiej stronie ognisko, więc czekając na naszych partnerów nie umieramy z zimna. Po prostu trochę się telepiemy. Napieramy dalej we czwórkę, mój Bartek już trochę odzyskał wigor, nawet udaje mu się wtłaczać w siebie jakiś batonik, choć opornie to idzie.

    Napieramy pod górę, szukamy punktu, a gdzieś za nami w tyle zostają Hadesy. Trochę mi przykro i martwię się jak to teraz będzie z nawigacją, ale myślę, że chłopaki mają nas już dość, tym bardziej, że musieli się z nami przeprawiać przez rzekę, przez co stracili trochę czasu. Potem dopiero okaże się, że Kondzio przechodził kolejny kryzys i musieli zrobić porządny postój. My tymczasem znajdujemy PK11, a za chwilę robi się widno. Trafiamy na PK12, a następne punkty 13 i 14 odnajdujemy właściwie razem z Dziadkami, którzy znów się pojawili nie wiadomo skąd, bo z pewnością przyszli od innej strony. Teraz droga prosto w dół, Dziadki napierają mocno, Bartek zostaje trochę z tyłu. Gdy widzę drogę, to wolę nią zbiegać i idzie mi to dość szybko, ale muszę czekać na Bartka, który ma mapę. Dziadki lecą na skróty, przez co dochodzą do zadania specjalnego przed nami. Teraz przeprawa tyrolką przez San. Przed nami 4 zespoły, więc mamy kupę czasu, zanim nastąpi nasza kolej. Rozkładam się w pozycji półleżącej na trawie i czekam. Czuję lekkie zmęczenie, ale nie jestem senna – witam z radością nowy dzień. Ponad pół godziny czekamy na swoją kolej. Potem dopiero okaże się, że usiadłam w jakimś niefartownym miejscu, gdzie akurat mrówki organizowały sobie rajd na orientację, a moje uda i pośladki uznały za teren ciekawy do spenetrowania. Dowodem na swoją obecność na punktach zaznaczały ukąszeniem. A musiały to być z pewnością jakieś mrówki-Masters, bo ślady miały dobre 2 cm średnicy i utrzymywały się na mojej skórze ponad 2 tygodnie. Sam zjazd bardzo efektowny, możliwy do zrobienia bez posiadania jakiś szczególnych umiejętności. Na dole rozpięcie uprzęży i bieg do przepaku B. Najpierw fantastycznie wesoło, ale gdy trafiamy na trzy trudne do sforsowania jary, to mina mi rzednie, a krew zalewa. Dlaczego Bartek nie powiedział, że górą przechodzi ścieżka – tego nie wiem.

    Przepak B: camping Tyrawa Solna

    Tutaj działam automatycznie. Wszystko mam przygotowane, tylko ktoś mi rower przestawił i przewrócił. Rozbieram buty, które nabrały dziwnie zielonkawego odcienia, biorę ręcznik, ciuchy do przebrania i idę boso na gulasz z ryżem. Tam właśnie czuję pierwszy raz dyskomfort z powodu ukąszenia mrówek. Potem szybka kąpiel i przebranie – świeża koszulka, świeże skarpety, czyste buty. Umywszy się już wiem, że popełniłam błąd nie zabierając ze sobą na przepak kremu z filtrem. Słońce dziś da czadu. Wczorajszą warstwę ochronną właśnie beztrosko z siebie zmyłam. Przygotowuję plecak – dwa litry coli, batoniki, bułki, do bidonu izotonik. Jestem gotowa. A Bartek w proszku. Pytam, czy mu w czymś nie pomóc, żeby trochę przyspieszyć nasz wyjazd, ale najwyraźniej niewiele mogę, Bartek nie myśli z wyprzedzeniem. Ale dobrze, że niczego nie zapomniał – kartę, mapę, kompas pozabierał.

    Rower 30 km – sobota, godz. 8.39

    Jest pięknie. Wstał nowy dzień, pogoda piknikowa, my na rowerach jedziemy sobie spokojnie. Mnie zaczyna drętwieć lewa stopa. Ta, przez którą cały ubiegły rok miałam w plecy. Boli przy naciskaniu pedałów. Ale jeszcze da się wytrzymać. Nasza beztroska kończy się wraz ze skrętem na leśną ścieżkę. Niby mamy do PK17 na Kamionku niewiele, ale oto właśnie wspinamy się ostro pod górę przedzierając się przez gałęzie, przenosząc rowery przez zwalone drzewa. Pot leje się ze mnie ciurkiem, rower obciążony świeżo załadowanymi napojami i prowiantem waży ze sto kilogramów. Mozolnie to idzie. Nad nami latają szybowce. Jeśli ktoś nas stamtąd ogląda, to musi mieć niezły ubaw. Zdobywamy ten punkt i teraz mamy lecieć w dół, ale Bartek robi sobie przerwę w hotelowym bufecie. Ja w tym czasie oglądam szybowce. Potem ostry zjazd w dół. Mocno zaciskam ręce na hamulcach, ale i tak prędkość dochodzi do 50 km/h – dla mnie to odlot. Staram się odsuwać od siebie wyobraźnię, bujną wyobraźnię, która pokazuje co się dzieje z rowerzystą, który przy tej prędkości natrafia na jakiś niespodziewany problem. Kontuzje po upadkach przy niewielkich prędkościach leczyłam miesiącami, a co dopiero stałoby się przy takiej. Ale przeżywam. Kolejne punkty łapiemy już spokojniej.

    Dojeżdżamy do zadania specjalnego, jakim jest wspinaczka po skale Kamień Leski a potem zjazd na linie. Cholernie się boję i mam tutaj ewidentny kryzys. Szlocham jak głupia, ale włażę na górę, zjeżdżam uprzednio błagając pana, aby dobrze mnie asekurował, bo mam dwoje dzieci i muszę to przeżyć. Po prostu muszę. Zrobione. Na miękkich nogach dochodzę do roweru i przypatruję się jak Bartek po mnie wykonuje to zadanie. Jedziemy dalej (godz. 12.42). Malownicza droga trochę szutrowa, błotnista, potem asfaltowa. Dojeżdżamy do miejsca przeklętego – tamy na Solinie. Nie tam, żebym miała coś przeciwko tamie. Albo Solinie. Mnie tylko męczy tłum, jaki się tam przewala. A mamy akurat dzień wolny od pracy, nie dość, że sobota, to jeszcze święto 1 maja. Okropne budy-stragany z dławiącymi zapachami – wszędzie żarcie, żarcie, żarcie. Lody, gofry, wata cukrowa, karkówka z grilla, piwo, cola, żelki, bigosy. Kręci mi się od tego w głowie. Nie lubię tłumów, chcę przez to przejechać jak najszybciej. Ale Bartek ma ochotę na gofra, więc się zatrzymujemy. Czuję się idiotycznie w tym dziwnym stroju, z rowerem, umęczona, spocona wśród spacerowiczów ubranych na ogół dość elegancko. Dobra, to ja też coś zjem – gofra z cukrem pudrem. Za chwilę żałuję, bo ciasto czuć sodą, niefajnie mi się robi w ustach i żołądku. Uciekać! Uciekać! Przeciskam się przez tłum jadąc dość ostrożnie, bo nie wiem, czy wolno się tutaj poruszać na rowerze, a wokół ludzie kręcą się nieskładnie, wokół pełno dzieciaków. Jakoś udało mi się dostać na drugi koniec, Bartkowi po chwili także. Rozglądamy się za miejscem z kajakami, trochę tu błądzimy, ludzie wciąż przeszkadzają.

    Wreszcie trafiamy na przystań, znosimy rowery po stromych schodkach, wsiadamy do kajaku – ja boso, stopy muszą odpocząć. Biorę to co mam do picia i coś do jedzenia. Ale w plecaku już właściwie pusto. Machamy wiosłami, przed nami jakaś drużyna MIX, a nagle z impetem przepływa obok drużyna męska – nie wiem, czyżby to znowu Dziadki? Bartek wiosłuje non-stop, ja na pół gwizdka, czyli tak mniej więcej ¾. Robię częste, krótkie odpoczynki, bo lewy bark przypomina o kontuzji sprzed 2 lat, a potem jeszcze dostaję skurczów lewej dłoni – palce zaciskają się na wiośle. Muszę poluźnić pasek zegarka, żeby płyny ustrojowe i sygnały nerwowe przepływały w tym nadgarstku bez zakłóceń. Kajaki kończymy po około godzinie. Wychodzę na brzeg, ubieram buty, biorę rower i czując jeszcze jak mi w głowie mózg wiruje w rytmie fal Jeziora Solińskiego próbuję wnieść rower po stromych schodkach. O mało się nie wywalam do tyłu – w ostatniej chwili łapię równowagę. Wyjeżdżamy stąd o godz. 17.00, jedziemy dalej, ja wypatruję jakiegoś sklepu spożywczego, bo dawno skończyły się napoje, a ciepluchno było, że ho!ho! Asfaltówka w górę, w dół, znów w górę. Na jakimś pojeździe wyprzedzają nas chłopaki z Sherpas pytając, co się stało, że prowadzę rower. A ja pod górę tak właśnie robię. Stopa nie drętwieje podczas marszu, tyłek się wietrzy, serce odpoczywa, a tempo takie samo jak przy kręceniu. Ja wolę chodzić. Myślę sobie, że Bartka pewnie wnerwia ten widok, tak jak mnie jego guzdranie się na przepakach. Ale nikt nikogo nie pogania. Qulturka.

    W końcu ok. godz. 19-tej robimy krótki postój przy sklepie spożywczym – 1,5 litra Muszynianki powinno wystarczyć, żeby dojechać do bazy. Z nami zakupów dokonują chłopcy z Siesta Addventure (Zdenek i Sebastian), z którymi też mijamy się już kolejny raz, pamiętamy się z widzenia. Przejazd przez Ustrzyki, dalej wjazd na jakąś szutrówkę, kolejny punkt i teraz już prosto do bazy – prosto, czyli dookoła, bo zaczyna się robić popielato, a po wspinaczce na Kamionek straciliśmy zaufanie do rowerowych dróg na skróty, dlatego wybieramy drogi utwardzone i przejezdne. Robi się naprawdę ciemno, gdy kończymy etap rowerowy w okolicy Arłamowa.

    Teraz tylko zadanie specjalne – park linowy. Obsługa pyta mnie, czy już kiedyś chodziłam po czymś takim. Nigdy. Ale moje dzieci radzą sobie z tym nieźle i sprawia im dużą frajdę. Zapinam uprząż i wchodzę po chybotliwej drabinie. Na szczęście szybko znajduję na nią sposób i staję wysoko na drzewie. Teraz czekam przytulona do pnia, aż z założeniem sprzętu i wejściem na górę upora się Bartek. Z braku aktywności ruchowej mój mózg zaczyna odpływać. Krzyczę do obsługi, żeby mi mówili co dalej robić. Muszę się ruszać, bo inaczej zasnę. Czekać na Bartka. Ma iść przede mną. On wspina się i idzie po poziomej linie. Ja za nim. Potem jakieś trójkąty, na których trwa to znacznie dłużej. Ja za nim. Bartek mówi, żebym się przepięła i szła przed nim. Robię to, znów jakieś dziwne belki, potem deseczki, potem jeszcze coś i zjazd. Obsługa parku linowego mnie chwali, jako debiutantkę oczywiście. Spoko, lata pracy nad kontrolą i koordynacją ciała podczas praktyki jogi na coś się przydała. Kończymy tę zabawę o godz. 22-giej. Wracamy do bazy na nocleg. Jem, piję, myję się i przebieram w czystą koszulkę (podarte spodnie zostawiam sobie na ostatni etap, bo mi szkoda zniszczyć kolejne) i kładę się spać. Budziki nastawiamy na godz. 3.30.

    Decyzja o noclegu jest oczywista – to nasza druga noc na tych zawodach, jesteśmy zmęczeni, nawigować w nocy jest trudniej, a nam się za bardzo nie spieszy. Wiem, że gdyby trzeba było, to napierałabym dalej, bo mam przy sobie te różne czarodziejskie napoje z kofeiną. Ale ciśnienia nie ma, więc odpoczynek.

    Trekking 25 km – niedziela, godz. 3.30

    Dzwoni mój budzik, za chwilę bartkowy. Dogadujemy się, że jeszcze pół godziny śpimy. Ale ja już nie zasypiam, po kilkunastu minutach słychać inne dzwonki na sali, więc proponuję Bartkowi, żebyśmy zaczęli już się ruszać. Wstajemy, jemy, zbieramy się, ale wszystko idzie jakoś ślamazarnie. Z bazy wychodzimy o godz. 4.31, dosłownie w progu mijając się z kończącymi posiłek Dziadkami. Jeszcze dobrze nie wyszliśmy za bramę ośrodka, gdy mijamy Kondzia z Hadesów, który po coś się wraca, a trochę dalej czekającego na niego Bartka. Na dworze robi się widno, ale jest mgła. Na początku dla rozgrzewki i rozruszania mięśni truchtamy. PK28 zdobywamy bez problemów. No, może poza tym, że przeskakując przez strumień łapię równowagę w ostatniej chwili ratując stopę przed zatonięciem, przy czym mocno naciągam sobie mięśnie pośladkowe. Może nawet coś nadrywam. Oczywiście mijamy się tutaj z Dziadkami, którzy wyszli z bazy zaraz po nas. Następny punkt też znajdujemy bez problemów, choć nie bez walki (z terenem). O dziwo znów przy lampionie widzimy Dziadków, którzy przyszli od innej strony. Wychodząc na drogę mijamy Hadesów, którzy odpuścili PK29 i szukają tego punktu co my. Tylko dlaczego idą w przeciwnym kierunku? Po jakimś czasie zorientowali się i doganiają nas. Znów we czwórkę, robi się wesoło. Ja zupełnie zatracam się w rozmowie z hadesowym Bartkiem na temat triathlonu, gdy nagle mój partner woła, żebyśmy skręcali w prawo i szukali na garbie lampionu. Kondzio też nawiguje, ale jest trochę przed nami, więc rozdzielamy się – oni penetrują inny grzbiet. Jakie szczęście, że to mój Bartek miał rację – szybko znajdujemy punkt, a przy nim… kto?… zgadniecie? Oczywiście, że Dziadki. Znów doszli z innej strony, w tym samym czasie. To teraz idziemy z Dziadkami, czy raczej za nimi, a Hadesi zostają w tyle.

    Doszedłszy do drogi namawiam Bartka, abyśmy nie szli tak jak Dziadki żółtym szlakiem, bo za dużo poziomic na tej trasie, tylko wybrali wariant ciut okrężny, ścieżkami, ale za to bez wspinaczki. Na początku jest dobrze, bo jest ścieżka, ale po jakimś czasie zaczyna jej brakować. Musimy się przedzierać przez jakieś badziewia. Trwa to strasznie długo, ale widok ze skarpy w dół rzeki jest tak urzekający, że rekompensuje mi walkę z tutejszą florą. Najpierw słyszę, a potem widzę stado uciekających łani – przeurocze. Dochodzimy w końcu do upragnionego strumienia i usytuowanej wzdłuż niego drogi.

    Dochodzimy do miejsca, gdzie powinien się znajdować odcinek specjalny. Trochę się tu błąkamy. Krzaczory naprawdę gęste. Drapią, ciągną za ubranie. Jary głębokie. Wspinaczka trudna. Błoto kleiste. Po jakimś czasie mamy już wszystkie punkty, więc szukamy przejścia do drogi, którą przyszliśmy. W tym momencie spada z nieba kilka kropel deszczu. Jest akurat południe, a po tym żarze, który lał się z nieba od razu robi się parno. Ja czuję coś ciepłego pod nosem. Krew. No ładnie. Zatykam chusteczką obydwie dziurki, oddycham przez usta. Dochodzimy do strumienia, więc moczę swój buff w zimnej wodzie, okładam czoło i kark, zmywam ślady z twarzy i rąk. OK, krwawienie opanowane. Jeszcze nabieram wody do camela, bo mi się już skończyła, a do domu daleko.

    Idziemy drogą na nasz ostatni punkt. Bartek proponuje trucht, ale ja się boję wysilać po tym krwotoku. Po dłuższej wędrówce znów wchodzimy na bezdroża i po jakimś czasie łapiemy PK31. Cieszę się, bo mamy już wszystko. Wszystko! Przebijamy się w dół do drogi, ale teren jest okrutnie nieprzyjazny – znów jakieś zwalone drzewa, gałęzie, jary. Wydawało się, że już tak blisko, a jednak wciąż nie ma upragnionej szosy. Ja przechodzę kryzys. Mam już dość. Sytuacja jest beznadziejna, bo wiem, że nie mogę sobie po prostu z zawodów zrezygnować, zejść z trasy i powiedzieć „dziękuję”. Tu się nie da zejść z trasy, bo ciągle jesteśmy poza trasą, a może raczej trasą jest cały obszar wokół mnie. Nikt po mnie nie przyjedzie autem, nie przyleci helikopterem. Muszę się wydostać z tego lasu tak czy siak. No to idę. Idę cały czas. Ale strasznie zniechęcona. Mam już tego serdecznie dość. Co więcej – limit czasu coraz bardziej się zbliża do końca, a my jesteśmy w lesie. Dosłownie. Zła jestem na Bartka, że mnie w to wszystko wciągnął. Rozmyślam, że te rajdy przygodowe to jednak nie dla mnie. Ja chcę podążać drogą, a nie tak… byle jak. Nie chcę już więcej potknięć, siniaków, zadrapań, przeskoków, wdrapywań, zeskoków. Dobrze, wiem, brakuje cukru. Zjadam ostatni batonik, popijam resztkami wody. Może zaraz mi przejdzie. Powinno.

    Dochodzimy do drogi. Ostatni przeskok przez strumień i czuję pod stopami asfalt. Niedobrze – stopy palą. Idę poboczem omijając upragnioną gładkość nawierzchni. Bartek mówi, że do skrętu na Arłamów mamy 3 kilometry, a na mapie widzi 3 mostki. Dobra, idę w górę. Bartek zostaje w tyle. Na szczęście na tyle daleko, że nie słyszy tego, że zaczynam… buczeć. Buczenie to bardzo intymny dźwięk, jaki z siebie wydaję. Coś jakby jęki rozkoszy podczas orgazmu, tylko totalnie na przeciwnym biegunie, jeśli chodzi o przyjemność doznań. Dobrze, że nikogo nie ma wokół mnie. To mogę przeżywać tylko z kimś naprawdę bliskim lub w samotności. Buczenie jest jakąś moją mantrą, która wyraża cały ból mojego aktualnego istnienia, a zarazem daje siłę, aby iść naprzód. I do góry. I nie czuć piekącego bólu stóp, zmęczonych ramion i ud. Uczucie, jakiego doznaję jest mieszaniną współczucia nad samą sobą, złości na Bartka, ale także i pewnej radości i dumy, bo cel jest już naprawdę w zasięgu ręki – zmieścimy się w limicie i zaliczyliśmy wszystko. Czyli plan wykonany w 100%. A przy okazji jesteśmy żywi. Prawie. Ledwie. Ale jednak żywi.

    Gdy w pewnym momencie zauważam, że mijamy już piąty czy szósty mostek, wyrywam się z otępienia odwracam się w tył, żeby zajadle skomentować te „trzy mostki”, które Bartek widzi na mapie. I nagle widok mojego partnera, którego nieźle odsadziłam wzbudza we mnie wielką żałość i współczucie. Gaszę niezawinioną urazę i ze wszystkich sił staram się nadać swojemu głosowi optymistyczny i przyjazny tembr: „Hej! Już niedaleko!”. Po czym odwracam się szybko, bo sama nie wierzę własnym słowom. Nie mam mapy i tak naprawdę nie wiem ile jeszcze. Z zegarka wynika, że 3 km to już przeszliśmy. W końcu jednak jest upragniony zakręt, strzałka „Arłamów 0.6 km”. Luzik. W dół wyciągam nogi jeszcze bardziej do przodu. Tuż przed bramą ośrodka odwracam się i znów okrzykami staram się Bartka motywować. Co więcej – widzę kogoś w koszulce startowej na asfalcie za nami. No nie, teraz nikt już nas nie może przegonić! Nie teraz, gdy mamy niespełna 200 m do mety! Krzyczę do Bartka, że już jesteśmy blisko, już meta. I nagle…nie wierzę własnym oczom…Bartek zrywa się do truchtu! Ale mocarz! Szacun! Mnie teraz chyba tylko do biegu mogłaby zmusić sytuacja ratowania życia. Razem dobiegamy do pustej bramy mety po 49 godzinach i 2 minutach od startu.

    Meta

    Na szczęście Biuro Zawodów jest tuż obok. Oddajemy karty Organizatorom. Krzysiek coś tam miesza w komputerze, po czym informuje nas, że mamy miejsce na pudle w kategorii MIX. A za chwilę, że jest to najwyraźniej miejsce II. Fajnie. Ale zbierajmy się stąd, bo za chwilę zjem żarcie, które leży w misce dla psa. Teraz to, o czym marzyłam już od kilkunastu godzin – kąpiel. Ale niestety nie taka, jak sobie wymarzyłam, bo zabrakło ciepłej wody. „Co nas nie zabije to nas wzmocni!” powtarzam sobie dygocząc jak metronom nastawiony na 6 Hz i trzaskając zębami w tempie allegro. Dopiero teraz widzę na nagim ciele ogrom zadrapań i sińców – Morze Kaspijskie na udzie zaczyna się topić w ich tle. Jakieś pęcherze czy odciski na stopach, ale to dla mnie nie nowina. Bartek idzie zjeść porządny posiłek, ja wolę się przespać – mam 2 godziny do dekoracji. Ale zimna woda i emocje z powodu tak wysokiego miejsca nie dają zasnąć. Potem imprezka na zakończenie: przemówienia, podziękowania, podium, dyplom, nagrody, miłe rozmowy z uczestnikami rajdu przy zastawionym stole i nareszcie można się położyć. To był aktywny długi weekend. Na długo go zapamiętam. Bartku – dziękuję!

    Strona internetowa rajdu Adventure Trophy: www.adventurethophy.pl

    Moje fotki: http://picasaweb.google.com/105669637599744526400/AdventureTrophy2010#