Komunikacyjne przypadki Filipa W.
Monday, March 30th, 2009Ciszycka anabasis fila:
Wyświetl większą mapę
Ciszycka anabasis fila:
Wyświetl większą mapę
Pałac w Teresinie, własność państwowa, smętny relikt innej epoki, symbolizowany przez promienny uśmiech notorycznie wściekłej, sfrustrowanej kuchty, gdy tryumfalnie, odrywając się od rutyny brudnych i nudnych zajęć, może oznajmić, że deseru właśnie zabrakło. Wokół nieprawdopodobnie zaśmiecony park, noszący ślady licznych imprez, na których chłopcy piją tanią wódkę z plastikowych kubków. Park zlewa się z ponurym, poprzecinanym zarośniętymi ścieżkami lasem. Szczeka absurdalnie skundlony zwierz, dziecko hieny i jamnika.
Dominuje marcowy syf – zgnilizna wypełza na powierzchnie, suche badyle szarpią za rękaw, w przecinającym las rowie stoi brudna, cuchnąca woda. Nie widać oznak wiosny. Wśród drzew kręci się para myszołowów, gdy przebiegam przez karczowisko, do lotu zrywa się kruk, niknie w lesie, ale wciąż słychać jego ochrypłe krakanie.
Jestem w twierdzy otoczonej beznadziejną brzydotą. Nic mnie nie dekoncentruje, bo nic tu nie ma. Za trzy godziny ostatnia sesja jogi.
Zasypiam po wyłączeniu budzika. Budzę się, przestawiam budzik na inną, przyjaźniejszą godzinę. Zasypiam. Budzę się, bo nie wiem, czy śniłem, że przestawiam budzik na inną, przyjaźniejszą godzinę, czy istotnie tak było. Nie mogę zasnąć, mam wrażenie, że inna, przyjazna godzina zaskoczy mnie nieprzyjemnym dźwiękiem alarmu. Zasypiam, śnię niespokojny sen, z którego po chwili wyrywa mnie budzik. Wyłączam go, leżę, oczy same się zamykają, odpływam. Budzę się przerażony. Dziesięć po ósmej człapię w stronę kuchni. Nie jest źle, mam mnóstwo czasu. Przez kwadrans przeżuwam bułkę z serem bez smaku, w filiżance wczorajsza kawa.
Nie znoszę porannych podróży metrem, gdy brzydotę wagonów pogłębia zimne, brudne światło jarzeniówek, a ja, pół śpiąc, nie potrafię się przed nim schować. Wokół twarze trupów, zielonkawe, wilgotne. Staram się nie oddychać, boję się, że z głębszym wdechem poczuję słodkawy odór rozkładu, a na języku osiądzie śliski posmak padliny. Tylko trzy stacje, wytrzymam.
Rano, aby wyjść na przeciw oczekiwaniom fanów, taplałem się w kabackim błocie. Ekscytująca rozrywka, zwłaszcza że sprytnie uniknąłem konfrontacji z setkami potencjalnych rywali, zapisując się na krótszy, kameralny, ledwo pięciokilometrowy bieg. Towarzyszące ściganiu rozgrzewka i schłodzenie trwały znacznie dłużej niż same zawody, a były też, biorąc pod uwagę aspekt towarzyski, znacznie ciekawsze.
Niestety, zostałem uwięziony w więzieniu bez krat. Pozbawiony kluczy, tkwię przed monitorem, porządkuję zdjęcia, przeglądam korespondencję, grzebię w internecie. Cały tydzień liczyłem na sobotni wieczór, mocne, muzyczne przeżycie: w chłodnej salce Kina Muranów miałem zostać przeniesiony na widownię nowojorskiej The Metropolitan Opera. Zadziwiająco rzadko decyduję się na wizyty w operze, tkwię w nagraniach audio, odzwyczaiłem się nawet od prób wyobrażenia sobie kostiumu, dekoracji, choreografii. Transmisje z MET dają szansę na kontakt z dziełem bliższy nawet niźli miejsce na widowni – kamera podąża za akcją, śledzi grę śpiewaków, ruch tancerzy, zbliżając operę do filmu, nadając jej umownej często fabule, inny, bardziej realistyczny wymiar.
Dramat Łucji z Lammermoor trwa bez mojego udziału.
Bieżnia mechaniczna. Popsuta, ale ustawiona na przeciwko okna, a więc widać w nim moje odbicie: Narcyzek, trzydzieści pięć minut.
Czuję się fatalnie, Rotterdam za dwa miesiące, a ja nie widzę w tym żadnego sensu. Zastanawiałem się nad źródłem niechęci, co raz wyraźniejszej, do sobotniego startu na Kabatach. Mam wrażenie, że to lęk przed upadkiem i tymi strasznymi chwilami, gdy leży się na ziemi, próbując chronić głowę przed przypadkowym kopnięciem, przydeptaniem, zmiażdżeniem; strach nie jest bezpodstawny, poprzedni incydent miał miejsce mniej więcej rok temu. Zresztą, po co startować w zawodach, gdy ma się całkowitą pewność blamażu? Krytyczny głos Józefa M. niewiele tu zmienił – trwam przy swoim, choć miałbym być za to potępiany: jeśli nie mam żadnych widoków na przyzwoite zaakcentowanie swojej obecności, to po co, na litość, mam się w ogóle pojawiać w dalekim, trochę już dla mnie obcym lesie, gdzieś tam na drugim końcu tego brzydkiego miasta. Nie chcę się rozdrabniać, nie chcę dawać nikomu podszytej zawiścią satysfakcji, chcę wszystkich miażdżyć i zostawiać za sobą zgliszcza!
Czy jest na sali psycholog sportowy?